Imieniny:

AferyPrawa.com

Redaktor Zdzisław Raczkowski ujawnia niekompetencje funkcjonariuszy władzy...
http://Jooble.org
Najczęściej czytane:
Najczęściej komentowane:





Pogoda
Money.pl - Kliknij po więcej
13 czerwca 2021
Źródło: MeteoGroup
Polskie prawo czy polskie prawie! Barwy Bezprawia

opublikowano: 26-10-2010

AFERY PRAWA MIROSŁAW NALEZIŃSKI BŁĘDY I WPADKI KACZKI DZIENNIKARSKIE W GAZETACH I TVP TVN POLSAT

grudniowy cykl krytyczno-informacyjny Mirosława Nalezińskiego

www.mirnal.neostrada.pl  

          Bohaterski Kononowicz 
    Władysław Kononowicz - ur. 1820 r., zm. 4 czerwca 1863 r., pułkownik wojsk powstańczych podczas Powstania Styczniowego. Walczył w armii carskiej, z której wystąpił w stopniu majora, po czym został dowódcą oddziałów powstańczych na ziemi czerskiej. Zorganizował oddział partyzancki (jakbyśmy dzisiaj powiedzieli), w którym stoczył kilka potyczek z zaborcą, zwykle ze znacznie większymi siłami przeciwnika.
    Jego zwycięstwa spotkały się z wielką kontrakcją, podczas której został ujęty i odwieziony do Warki (razem z adiutantami Edmundem Nałęcz-Sadowskim i F. Łabędzkim). 4 czerwca 1863 r. zostali rozstrzelani na przedpolach tego miasta.
    Zatem była osoba nosząca to słynne pod koniec 2006 roku nazwisko, z której może być dumny nasz naród. Za parę lat będziemy obchodzić 150. rocznicę Powstania Styczniowego. Z okazji 120. rocznicy, na specjalnym medalu wybito podobiznę Bohatera walczącego z zaborcą oraz sztandar Powstania Styczniowego.
    Będąc oficerem, z pewnością swetrów nie zaliczał do najważniejszych elementów garderoby...
    Dla Rosjan był zdrajcą, ale dla nas patriotą. To powszechny dualizm w historii.
    Władysław Kononowicz zginął mając raptem 43 lata. Patriotyczny niepodległościowy zryw przypłacił życiem, jak wielu wielkich synów polskiej ziemi. Cześć Jego pamięci!

  Przewalanka w Polsce i w Rumunii, czyli paczki niespodzianki
    Niezłego pietra mieli kierowcy na parkingu w Przewalance (Podlasie). Wszystko wskazuje na to, że ukarany słonym mandatem kierowca, na pudle, z którego wystawały kabelki, napisał: "Inspektorom - bin Laden".
    Wezwano specjalny oddział policji i zablokowano ruch drogowy. Wielka ulga spłynęła na wszystkich biorących udział w akcji - w pudle były jakieś papierzyska i szmaty.
    Ponieważ pogróżki były skierowane do inspektorów drogowych językiem mało znanym bin Ladenowi (podobno cyrylicą) przeto można byłoby to uznać za wskazówkę, że jednak to nie arabska pułapka, a typowo słowiański wnyk. Gdyby jednak groźby były sporządzone w nieznanych nam (zdecydowanej większości rodaków) orientalnych literniczych wywijasach, to chyba tylko zabłąkany pies mógłby zainteresować swoją tylną nogę owym znaleziskiem.
    A może właśnie wówczas owo pismo (niezależnie od treści) byłoby przyczyną znacznie większego zamieszania? Zwykle duże przewały i małe przewalanki kojarzą się nam z finansowym uszczupleniem majątku, ale od wczoraj wyraz "przewalanka" może mieć znaczenie: 'podłożenie udawanej bomby'.
    Czy słyszano, aby w Polsce zlikwidowano czyjś grób, bo ktoś się pomylił albo koperta pomogła mu w "pomyłce"? Ostatnio grabarzowi coś się pomieszało i rodzina przybywszy na Święto Zmarłych ujrzała płytę nowego, a nieznanego lokatora.
    W Rumunii znacznie bardziej elegancko zachowano się wobec (pozostającej jeszcze przy życiu) rodziny. Tamtejszy ksiądz wymyślił oryginalną formę wypowiedzenia miejsca pochówku. Przesłał w paczce ekshumowane szczątki pewnego mężczyzny jego córce. Do kości dołączył buty i inne części garderoby, niestety w kiepskim już fasonie. Co by nie powiedzieć, rumuńska rodzina po takiej przesyłce nie będzie postawiona w niezręcznej sytuacji, w jaką uwikłano polską opisaną familię. No i poczta naszych unijnych (wszak za miesiąc to będą nasi niemal rodacy, bowiem wchodzą do naszej coraz większej Unii Europejskiej) przyjaciół z Rumunii działa bez zarzutu, czego i nam należy życzyć w związku z przydługim już strajkiem jej pracowników i wobec zbliżających się świąt.

   Geje a opera mydlana
    W artykule pod tytułem "Geje w operze mydlanej" ("Życie Warszawy", 29 listopada 2006) informuje, że "powstaje pierwszy w Polsce serial, którego głównymi bohaterami będzie grupa homoseksualnych przyjaciół". Premiera planowana jest na marzec 2007 roku. Zainteresowane są także zagraniczne telestacje.
    Aż dziwne, że w kraju, w którym jest ok. 5% homoseksualistów, produkcja (nie wiedzieć dlaczego) budzi kontrowersje (jak wspomniano w artykule), wszak każdy przeciętny człowiek chętnie zapozna się z problemami kilkuset tysięcy naszych rodaków. Zwykle to skromni, niewpadający w oczy a najczęściej inteligentni ludzie. Czasami są manipulowani do wyjścia na pochody, parady i marsze, ale wielu z nich ani nie ma ochoty rzucać się w oczy, może także z powodu starych dziejów, kiedy pochody były obowiązkowe. Chętnie poznamy ich zwyczaje, marzenia i troski.
    Miejmy jednak nadzieję, że serial nie bedzie prowadzony w konwencji zachęcającej do zmiany obyczajów dzielnie trzymającej się (póki co) większej frakcji rodaków hołdujących tradycyjnym sposobom dochodzenia do zbliżeń (ale nie poglądów).
    Były filmy o dyrektorach, robotnikach, chłopach, złodziejach i filantropach, Krzyżakach, faraonie, dezerterach (ck), szamance, czterech pancernych i psie oraz o żonie dla Australijczyka i o wielkim Szu, to dlaczego by nie o konfiguracji dwóch ostatnich (skądinąd sympatycznych) postaci? Mieliśmy człowieka z marmuru i z żelaza to i pewnie czas na gejów z opery mydlanej nam nastał.
    Właściwie to skandal, że tak wielka grupa społeczna naszej ojczyzny nie ma swojego serialu, ani nawet filmu!
Emisje zaplanowano na wieczorowe czwartki, czyli w porze, kiedy dawniej oglądaliśmy kryminalną Kobrę. Teraz będziemy śledzić (miejmy nadzieję, że w dyskretnie zawoalowany sposób, czyli niebyt dosłownie) konfiguracje parami jednoimienne... Czy twórcy pójdą śladem innych naszych filmów, które od 30 lat są coraz odważniejsze, czy jednak zachowają jakąś kolejność i przywołają mniej (ob)sceniczne formy przekazu, choćby z okresu międzywojennego? Może pora na zmianę zapatrywań wśród telewidzów? W końcu to opera mydlana, choć sedno sprawy nie z mydła, zatem nie wymydli się.
    Nikt nie chce ujawnić szczegółów, nawet telestacje zainteresowane emisją nie są przedstawione z nazwy. Zdecydowanie więcej wiemy o F-16 i kolejnych agentach ujawnianych niemal codziennie.
    Ponieważ co ok. 20 Polak/Polka (także wśród autorów serialu i pracowników telestacji oraz wśród korespondentów W24 - tak mówi statystyka) jest gejem lub lesbijką, przeto część z nas będzie mogła fachowym a krytycznym okiem spojrzeć na przedstawione problemy).
    Kennedy powiedział kiedyś w Berlinie - jestem Berlińczykiem. Wg tej konwencji może czas powiedzieć - jestem gejem?

   Pamiętajmy o wielbłądzie! 
    Ksiądz Henryk Jankowski, bohater czasu powstającej "Solidarności", symbol epoki. Po upadku komuny nie mógł sobie znaleźć miejsca. Po drodze komercyjne pomysły z winem i wodą (ale bez aluzji), a także budowa pięknego bursztynowego ołtarza.
    Na sobotnie przyjęcie z okazji 70. urodzin prałata Jankowskiego przybyło kilkaset osób. Bodaj wszyscy zadeklarowani
katolicy, a przynajmniej chrześcijanie.
    Na zaproszeniu widniała adnotacja, aby kwiaty zastąpić datkami na rzecz Instytutu im. ks. Henryka Jankowskiego. Przezroczysta skrzynka szybko zapełniła się grubymi kopertami.
    Stoły uginały się od jadła wszelakiego, w tym od pieczonych prosiąt. Pito wódkę oraz wino "Monsignore" podawane przez
hostesy (proponuję jedno es, jak stewardesy) w kusych sukienkach. Nazajutrz całe towarzystwo udało się pewnikiem na cotygodniową mszę świętą, zapewne w przekonaniu znakomicie spędzonego poprzedniego wieczora.
    Urodzinową imprezę poprzedził koncert zespołu "Mazowsze" w obszernej hali "Olivia". Niemal dwudziestokilogramowy tort ofiarował prałatowi gdański restaurator Ryszard Kokoszka, jednak nie zdradził z ilu jajek była owa siedmiopiętrowa budowla sporządzona (10 lat jubilata na każdą kondygnację).
    Media wspominały także poprzednie urodziny bohatera niniejszego artykułu oraz wymieniały nazwiska ówczesnych gości.
Pamiętam, kiedyś tow. Edward Gierek obchodził hucznie swe równe urodziny będąc u szczytu sławy i chwały. Ilu z sobotnich gości uważało wówczas, że to była niewłaściwa impreza?
    Pomysł z kwiatami jest dobry. Czy będzie opublikowana lista datków - nazwisko/kwota? Powinna być, choćby dlatego, że tego typu listy imienne a jawne powodują darowanie coraz większych datków. Jak w międzywojennych Sowietach z oklaskami - owacje trwały bardzo długo, a pierwszy co przestawał klaskać, wyjeżdżał kibitką w nieznane, często całkiem w nieznane... To dobry chwyt psychologiczny.
    Właściwie lista taka powinna być przygotowana jeszcze przed imprezą, jak wśród gości weselnych, kiedy to wszyscy wiedzą, na co składają się młodej parze. A już dużym nietaktem byłoby złożenie kwoty mizernej będąc szychą. No i nie powinno być, aby podwładny wkładał do szklanego naczynia więcej niż jego szef, a nie daj Bóg, aby się ktoś już o tym dowiedział. Wybieganie przed szereg, czy - jak kto woli - przed orkiestrę nie jest wskazane w ustalonym już szyku - każdy winien znać swoje miejsce w społecznej nomenklaturze. To podstawa spokojnego funkcjonowania społeczeństwa.
    Można oszczędzić w tym miejscu mniej eleganckich, a nawet agresywnych opinii - nie psujmy nastroju chwili, zwłaszcza że datki są na zbożne cele.

    Niedawno w telewizji posłyszałem głęboką myśl z Biblii, że bogaczowi dostać się do nieba będzie trudniej niż garbatemu a pustynnemu czworonogowi przejść przez ucho igielne.

    Łukasz Adamski (tygodnik "OZON") rozmawia z profesorem Michałem Wojciechowskim.
    - Jak więc zinterpretować przypowieść Jezusa o wielbłądzie i uchu igielnym, w której Jezus mówi, że łatwiej będzie wielbłądowi przejść przez igielne ucho niż bogaczowi dostać się do nieba?
    - Jezus posłużył się tu obrazową przesadą. Mówił jednak o problemie trudnym, bo bogactwo z jednej strony jest czymś legalnym, z drugiej bardzo wielu ludzi odciąga od Boga. Jeżeli ktoś jest przywiązany do swojego bogactwa jak wielbłąd do garbu, ten ryzykuje swoim zbawieniem, bo uważa, że jego życie opiera się na posiadaniu, a więc nie opiera go na Bogu.

   Koniec liceum w pałacyku 
    Dotychczasowy właściciel sprzedał słynny orłowski pałacyk deweloperowi. Władze Gdyni są zszokowane. - informuje portal.
    Akademickie Liceum im. Zasłużonych Ludzi Morza od 50 lat (z małą przerwą) istnieje przy ul. Folwarcznej w Orłowie. Ta jedna z najlepszych gdyńskich szkół, będzie musiała się przenieść.
    Okazuje się, że ZNP chciał 7 mln zł za kompleks pałacowo-parkowy, zaś miasto Gdynia dawało 2 mln zł. I nagle władze grodu dowiedziały się (od dziennikarzy!) o sprzedaży deweloperowi za wyższą kwotę. Pan Leszek Ciesielski, dyrektor słynnej Jedynki, także jest zniesmaczony faktem, że owe handlowe informacje dotarły do szkoły najpierw ze strony... prasy, choć - jak przyznaje - nie jest to niespodziewana sytuacja, bowiem taki scenariusz był brany pod uwagę od paru lat.
    Kiedy uczyłem się w tym liceum (1968-1972 o nazwie I Liceum Ogólnokształcące w Gdyni Orłowie; wcześniej także... im. Bolesława Bieruta), to szkoła uchodziło za jedną z lepszych w Gdyni. Pewnie ta opinia ciągnie się do dzisiaj. A trafiłem do niego nie z powodu wrodzonej inteligencji, ale z bardziej prozaicznego powodu - rejonizacja. Czy dziś słowo "rejonizacja" coś mówi, zwłaszcza młodszym rocznikom? Miasto było podzielone na sektory i uczeń szkoły podstawowej trafiał wg przydziału do liceum. Niewielkie odstępstwa od zasady wyjaśnić można było wrażliwością decydentów na znajomości lub na koperty, choć oczywiście mogła też decydować zwykła prośba. Mimo większego zainteresowania językiem angielskim (odpłatna nauka w podstawówce) trafiłem na niemiecki grunt, bo takie były odgórne decyzje. Zresztą ten język ciągnął się za mną także przez studia wyższe. Teraz - jak czytam w informatorze Jedynki - język Goethego jest drugim językiem nauczanym w liceum. Kiedyś (za "moich czasów" i tylko dla chętnych) wykładano również... łacinę. Klasy liczyły 35-40 uczniów, a teraz ok. 25.
    Pałacyk stoi pośród drzew oraz w otoczeniu stawu. Niestety, nie było sali gimnastycznej, tylko małe boisko do siatkówki. Dopiero pod koniec mojej nauki, zbudowano boisko piłki nożnej.
    W trzeciej klasie przez Trójmiasto, Szczecin i Elbląg przetoczyły się Wydarzenia Grudniowe 1970. Ojciec mnie nie puścił do szkoły. Z domu w Redłowie słyszałem serie z broni automatycznej oraz widziałem helikoptery nad śródmieściem. Podczas przedświątecznych zakupów stały czołgi przy Urzędzie Miejskim. Wśród ofiar byli moi rówieśnicy, jednak mi nieznani.
    Dzisiaj mieliby tyle samo lat co ja i pewnie rodziny, może także pisaliby na W24, gdzie zresztą można spotkać "aktualnych" siedemnastolatków. Moje pokolenie nie miało internetu, nawet nazwy takiej nie znaliśmy.
    Po maturze (ustna była wprawdzie w pałacyku, ale pisemna w dużej szkole podstawowej, bo organizacyjnie nie poradzono by sobie z rozsadzeniem młodzieży) i po dostaniu się na studia, po raz pierwszy wyjechałem za granicę - do Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Wyjazd był możliwy dzięki właśnie podpisanej umowie pomiędzy Polską a NRD (wystarczył stempel w dowodzie osobistym oraz... książeczka walutowa). Jakże czułem się dorosłym i międzynarodowym obieżyświatem...
    Nie byłem tam przez wiele lat. W latach 80. załatwiałem odpis świadectwa maturalnego i w tym celu odwiedziłem szkołę, jednak w... innym miejscu (przez parę lat liceum funkcjonowało w pobliskiej Szkole Podstawowej nr 11). Aby znaleźć archiwalne dzienniki, z sympatycznym nauczycielem odwiedziłem pałacyk i szperaliśmy wśród kurzu na stryszku. A w latach 90., kiedy pracowałem w stoczni, to na boisku mojej byłej szkoły, grałem w paru meczach z kolegami stoczniowcami.
    Kończy się zatem pewna epoka znanego gdyńskiego liceum, którego siedziba (pałacyk) padła ofiarą kapitalizmu, czyli systemu, który (jak mnie prawie 40 lat temu tam uczono) miał upaść, a przecież ciągle trwa...
    Miejmy nadzieję, że pałacyk zostanie wyremontowany i będzie jeszcze długo służył nowym gospodarzom. Ale co z Liceum? Dokąd zostanie przeniesione? Opisany sposób sprzedaży pałacyku można uznać za skandaliczny. I co zrobić - dżungla! Codziennie dowiadujemy się o niewłaściwym dysponowaniu społeczną własnością.
    Historia pałacyku (opracowanie - Ewa Kowalska)
    W połowie XVIII wieku, w Małym Kacku, położonym w malowniczej dolinie Kaczego Potoku, rodzina von Krockow (Krokowscy), wybudowała barokowo-rokokową rezydencję dworską, otoczoną parkiem. Pałac przetrwał w niezmienionym kształcie sto lat, a kiedy posiadłość przeszła w ręce nowych właścicieli, jego architektura nabrała cech, modnego wówczas, neogotyku angielskiego i w takim stylu przetrwała do dzisiaj.
    Dzielnica, w której powstała rezydencja, w 1931 roku przyłączona została do Orłowa Morskiego, a parę lat później całość wchłonęła Gdynia. W tym też czasie obiekt nabył Związek Zawodowy Nauczycieli Polskich Szkół Średnich. Podczas II wojny światowej pałacyk był w rękach Gestapo, a w 1945 uległ częściowej dewastacji. Tuż po wojnie, razem z parkiem, został wpisany do rejestru zabytków i przekazany w użytkowanie szkole podstawowej, przekształconej z czasem w liceum ogólnokształcące.
    Pierwszego remontu zespół doczekał się dopiero na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, podczas którego w zabytkowej ptaszarni z XVII wieku, ulokowana została szkolna biblioteka i czytelnia.
    Pałac do dzisiaj jest otoczony parkiem, którego ozdobą są wiekowe cisy i drzewa liściaste oraz zbiorniki wodne, w których przed laty hodowano ryby.

Kiedy koniec z lotami za złotówkę?
    Częstokroć denerwujemy się, kiedy słyszymy lub oglądamy reklamy informujące o biletach lotniczych, które są tańsze niż przejazd taksówką z domu na lotnisko i to w Polsce!
    Zapewne utyskiwania doszły do uszu do przedstawicieli instytucji, które powinny stać murem za klientem (i tak uczyniły!), bowiem wydano zakaz nieuprawnionego podawania zabawnie niskich cen, które wprowadzają w błąd potencjalnego pasażera.
    Przecież najczęściej podawane są ceny towarów (usług i dóbr) w wysokości "ostatecznej, handlowej, będącej do zapłacenia", rzadziej z informacją, że należy doliczyć podatek VAT. Owszem, bywają sztuczki stosowane przez banki, które podają zawoalowane warunki kredytowe, choć zmuszono je w końcu (choć zbyt drobnym druczkiem) do podawania realnego oprocentowania. Także salonom samochodowym zdarza się podawać ceny połowiczne (nie mylić z izotopami; cena "połowiczna" to połowa do zapłacenia teraz i druga połowa w ratach), co również (zwłaszcza początkowo - teraz z tą sztuczką się oswoił) wprowadza w błąd czytelnika a potencjalnego klienta.
    Zatem uznano, że zamieszczanie cen biletów lotniczych, które przypominają rachunki za butelkę alkoholu jest nie tylko nieetyczne, ale i niezgodne z prawem. I co? Niemal nic, bowiem zakaz ma być wprowadzony pod koniec... 2007 roku.
    Media zamieszczają reklamy, które zapewne rozsierdzają nie tylko czytelników, ale i samych... redaktorów (przecież są normalnie odczuwającymi ludźmi). Czy moralne jest zamieszczanie reklam, które są ogólnie potępiane, są częściowo nieprawdziwe, a zatem wprowadzają w błąd? Czym kierują się reklamodawcy i media zamieszczając takie informacje? Pieniędzmi? Nieładnie!
    Nie zapominajmy, że samolot na każdego pasażera zużywa ok. 50 gramów paliwa na jeden kilometr drogi (lotu). Wystarczy pomnożyć to przez odległość (w jedną stronę), np. 1000 km i otrzymamy ok. 50 kg paliwa po kilka złotych za kilogram. A gdzie koszt zakupu i eksploatacji samolotu, płace załogi i lotniska, gdzie jakieś zyski dla przewoźnika (przelotnika?)?
    Reklamy są nadal zamieszczane, mimo że 17 lipca 2006 (PAP) Komisja Europejska uznała, że "Reklamy połączeń lotniczych za złotówkę nie mają nic wspólnego z prawdą i wprowadzają ludzi w błąd; czas z tym skończyć. Cena podana w ogłoszeniu ma być ceną, którą klient zapłaci". Prawda, jakie to genialne proste? Zasada tyle najprostsza co najuczciwsza oraz stosowana od wynalezienia pieniądza przez Fenicjan. I trzeba było czekać na orzeczenie KE? A gdzie stara zasada kupieckiej uczciwości? A prawda, która jest głoszona w każdą niedzielę?
    Okazuje się, że omawiana oczywistość nie dość, że nie została wdrożona w czyn na samym początku, to zostanie wprowadzona dopiero za rok. Czyli ponad rok pasażerowie będą żyli w Europie, w której cwaniactwo będzie niejako zalegalizowane. I przez ten czas wiele mediów będzie zamieszczać reklamy, wiedząc, że nie jest to etyczne, nieeleganckie i tylko warunkowo legalne. Cóż za obłuda i pęd do szmalu! Czy media wspaniałomyślnie zrezygnują z dochodów wykorzystujących oszustwo klientów jeszcze przed wejściem zakazu? Przecież byłby to pierwszy i najważniejszy krok w walce z kłamstwem, bowiem linie lotnicze pozbawione medialnego poparcia dla swych reklam, szybciej zostałyby uznane przez konsumentów za solidne (a dokładniej - zmuszono je do uczciwości).
    A przy okazji wprowadzona zostanie druga genialnie prosta i uczciwa zasada (naiwny obywatel uczciwej Europy mógłby zapytać - dlaczego dopiero teraz?) - bilet tej samej klasy kupowany jednocześnie na ten sam samolot ma kosztować tyle samo, niezależnie od miejsca sprzedaży. Jestem ogromnie wzruszony taką postawą prawodawców, jednak ja myślałem, że tak powinno być w praworządnej Europie "od zawsze".
    Na koniec opinia prof. Grzegorza Kostrzewę-Zorbasa (Polskie Radio Jedynka, 30.08.2006): *Chwyt marketingowy to jest zbyt łagodnie, oszustwo zbyt ostro, manipulacja to jest dobre określenie. Wielkie firmy dbają o to, żeby trzymać się litery prawa, chociaż już często nie ducha prawa, a duch prawa jest ważniejszy. Nie chodzi tutaj o zmuszanie ich do odchodzenia od reguł rynkowych, na przykład o zaniżanie cen, tylko o to, żeby mówiły prawdę. A ogłoście, jaka jest rzeczywista cena całego tego pakietu złożonego ze złotówki za bilet, stu złotych opłat różnych, dwustu złotych podatków i wtedy wychodzi na przykład złotych siedemset, powiedzmy. Piszcie, że rzeczywista jest nie 1 złotych, tylko 700 złotych.*
    Myślę, że jest to zbyt dyplomatyczna opinia, bowiem dla większości Polaków zainteresowanych tanimi biletami to po prostu świadome wprowadzanie w błąd, czyli oszustwo. Pomijam rodaków, którzy uważają, że w handlu wszelkie chwyty są dozwolone.
    Na witrynie ONET widzimy m.in. Birmingham 29 zł oraz Szanghai 629 zł, zaś w poprzednie dni - Londyn 19 zł, Rzym 79 zł, Szanghai 1450 zł. Póki co rekordzistą jest Amsterdam za 9 zł (5 grudnia 2006). Jakże rozmaite ceny biletów do Szanghaju (nowoczesne miasto w Chinach to po polsku "Szanghaj"; pod. jak Tajwan i Tajlandia; jot nie i).
    Serwis Informacyjny Branży Turystycznej zamieszcza (2006-10-24) stanowisko UOPiK -
    *Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, uważa, że linie lotnicze wprowadzają klientów w błąd, a tym samym oszukują ich, oferując bilety za złotówkę. Nie dotyczy to tylko branży lotniczej. Zdaniem Cezarego Banasińskiego, odchodzącego prezesa UOKiK, sytuacja w poszczególnych branżach jest zła, w niektórych nawet bardzo. Deweloperzy, biura podróży, banki, ubezpieczyciele, prywatna służba zdrowia, szkoły wyższe - we wzorcach umów stosowanych przez firmy z tych branż urzędnicy znajdują wiele klauzul, które naruszają interesy konsumentów. UOKiK zarzuca liniom lotniczych nie informowanie [nieinformowanie - Mirnal] klientów o rzeczywistej cenie biletów a także reklamy, które wprowadzają w błąd odbiorców.*

   Dziennikarska (nie)rzetelność 
    Rzetelność dziennikarzy to temat nie tylko polski. W Moskwie najpierw zablokowano, ale niemal zaraz odblokowano edycję czasopisma "Forbes". Pani Baturina, żona mera stolicy Łużkowa, coś powiedziała dziennikarzom, a oni rzekomo przeinaczyli.
    Każdy (w tym przypadku Rosjanin) może ocenić, czy postąpili rzetelnie. A swoją drogą - jeśli udzielający wywiadu wie, że dziennikarze są nieprzyjaźnie doń nastawieni, to czy w ogóle musi z nimi rozmawiać? A jeśli się przejęzyczy (albo popełni niezręczność, niedopowiedzenie, nieścisłość, błąd stylistyczny) to nie może zmienić wypowiedzi?
    Podany przykład dowodzi, że określone media mogą nie lubić danej osoby i co? Ktoś dzwoni do pani Baturiny proponując wywiad? A pani czuje pismo nosem, bo zna ową redakcję, że jej nie popiera i że czyha na jej błąd. A może nie ma pojęcia i udziela wywiadu w dobrej wierze sądząc, że jeśli nawet popełni lapsus, to dziennikarz podczas autoryzacji "wyprostuje" to?
    A tu mamy "niespodziankę" - pani Baturina idzie rano do kiosku i widzi, że dziennikarze nie poprawili usterki, więcej - umieścili wypowiedź na tytułowej stronie. I dwa pytania - czy dziennikarz ma prawo wypaczyć wypowiedź? Odpowiedź jest oczywista - nie ma prawa, ale on powie, że "tak zrozumiał, że może źle zrozumiał, ale". Jeśli jest nagranie i strony przedstawią je do oceny czytelnikom i sądowi, to redakcja może nawet przeprosi ową panią, jednak co gazeta nabiła kasę sensacyjną informacją, to już nikt jej nie odbierze. Nawet w razie kary i tak będzie "do przodu". Druga możliwość - pani merowa coś namieszała, coś niefrasobliwie trzepnęła i żałuje, po czym chce zmienić swą wypowiedź. I co? Powiedziała i to się liczy? A nie to, że chce zmienić? Gdzie elementarna uczciwość?
    Reasumując - jaki jest sens udzielać wywiadu gazecie, której (mamy podejrzenia) wydawca/redakcja nam nie sprzyja? Niemal każdy czytelnik chce (a przynajmniej nie widzi przeciwwskazań), aby nielubianemu (zbyt przystojny, zamożny, inteligentny) politykowi lub biznesmenowi ktoś dowalił. Albo innemu dołożyć w dwójnasób, bo na pierwszy rzut oka oceniamy go, że jest klasę gorszy od nas. Nie czas wówczas na ocenę wartości tłumaczenia się takiej osoby wziętej na cel. I bywamy rozczarowani, jeśli podczas procesu media wycofują się z podanej wersji: jak to, napisali, że jest "be", tego oczekiwaliśmy, to już przyjęliśmy do wiadomości, już ułożyliśmy swoje poglądy (wespół ze znajomymi) w tej materii, a teraz mamy to zmieniać i to w stronę korzystniejszą dla skrytykowanego? Nigdy! I mimo sądowego wyroku dla nas taka osoba i tak ma nadal "za uszami". Tak było z poprzednim prezydentem (afera ze szpiegiem) oraz z kandydatem na prezydenta (fałszywe podpisy).
    Mer Moskwy uważa, że dziennikarze postąpili nierzetelnie, zniekształcając słowa jego żony. Mer i jego żona (jej zgromadzony majątek szacowany jest na ok. 2,4 mld dol.), to nie byle kto, a pewnie nic z mediami nie wskórają, to co ma zrobić zwykły obywatel, jeśli media zagną na niego parol? U nas podobne aferki wybuchają co jakiś czas, ale to tematy na osobne artykuły...
    Czy w opisanym przykładzie mediom zależy na prawdzie? Wydawca pisma (Axel Springer Russia), chcąc uniknąć konfliktu, polecił wycofać grudniowy numer z drukarni. Redaktor naczelny rosyjskiego "Forbesa" w proteście podał się do dymisji, zaś amerykański właściciel licencji zażądał wydania numeru z artykułem o rosyjskiej miliarderce. Czyli mediom czasami zależy na zamieszaniu i na dużych pieniądzach, nie zaś na przyjaznym załatwieniu sprawy. Stwierdzono nawet, że nie ma znaczenia, czym zakończy się proces - najważniejsze, że będzie reklama pisma, którego cena przy okazji... wzrosła. A czytelnicy to taka tłuszcza (w mniemaniu wydawcy), która ma zapłacić za skandalizujący egzemplarz, mordy w kubeł i mają czytać papkę przygotowaną przez największą władzę medialnie rozwiniętego kapitalizmu...
    Częstokroć widujemy w telewizji wywiady, w których redaktor oraz osoba udzielająca wywiadu, nie pałają do siebie sympatią, łapią się za słowa, docinają sobie i można zastanawiać się - czemu służyć ma takie spotkanie i dlaczego taka osoba wyraziła zgodę na wywiad. Wywiady na żywo bywają odtworzone po pewnym czasie w formie gazetowej, a to oznacza, że można było pewne wypowiedzi pozmieniać, a jednak nie uczyniono tego. Dlaczego? Zbyt mało jest zgody wśród społeczeństwa, zatem po co podgrzewać atmosferę tam, gdzie można postarać się o przyjaźniejsze opinie i reakcje.
    Na zdjęciu - okładka rosyjskiego pisma z cytatem: "Mam gwarantowaną ochronę". Prawnicy oświadczyli, że Baturina czegoś takiego nie powiedziała i zażądali skorygowania cytatu. Stąd cały skandal.

   Drastyczne sankcje USA wobec Korei Północnej 
    Na początku grudnia rząd USA zakazał eksportu odtwarzaczy multimedialnych iPod produkowanych przez firmę Apple, których miłośnikiem jest przywódca tego kraju - Kim Dzong Il. Embargo wprowadzono bez wiedzy azjatyckiego wodza, co jest wysoce naganne.
    Na zabronionej liście znalazły się również m.in. zegarki Rolex, motocykle Harley Davidson oraz samochody.
Korea Północna z takim trudem buduje raj na Ziemi dla swych obywateli - głównie robotników i chłopów (bo ich jest najwięcej w tym egzotycznym dla świata kraju). Nieuprzejme Stany ingerują w eksport swych dóbr, bez których egzystencja entuzjastycznie nastawionych obywateli wobec wodza jest zagrożona.
    Owszem, pierwsze sprowadzane egzemplarze amerykańskich dóbr trafią do wyższych i najwyższych przedstawicieli narodu, a potem dopiero pod strzechy, ale przecież jest to zrozumiałe - wszak w każdym kraju uznanie dla trudu poszczególnych obywateli wyraża się przecież że proporcjonalnie do wkładu pracy.
    Decyzja USA torpeduje delikatną materię rozmów z przywódcami otwartej na wszelkie propozycje nomenklatury ludowej a demokratycznej Korei. Zresztą - czyż nazwa tego państwa nie wyjaśnia wszelkich wątpliwości? To chyba jedyny taki kraj na świecie o aż tak ludowej i demokratycznej nazwie.
    Dlaczego nieprzyjazny rząd USA ingeruje oraz podważa święte prawo kapitalistycznych firm do swobodnego dysponowania swoimi towarami? Przecież to jest sprzeczne z najważniejszymi zasadami handlu międzynarodowego!
Naród borykający się z chwilowymi trudnościami rynkowymi zna i palcem pokazuje całemu światu niesympatyczną administrację USA, która jest odpowiedzialna za poważne niedobory niezbędnych artykułów na gościnnej azjatyckiej ziemi, może nie pierwszej potrzeby, ale też nie ostatniej...
    Jeśli spadnie eksport zegarków, motocykli i aut do KRL-D, to jak rząd USA wytłumaczy swemu narodowi konieczność zamknięcia wielu firm z braku zamówień? Komu amerykańscy robotnicy mają podziękować za zmniejszenie płac albo nawet za przejście na zasiłek? Cały postępowy świat wie - to rząd Stanów Zjednoczonych jest temu winien!
    Niech proletariusze całego świata wyrażą swój święty gniew wobec antyrobotniczej administracji burżuazyjnych Stanów Zjednoczonych i niech zaapelują o gwałtowny rozwój nieskrępowanego międzynarodowego handlu w ogólności, zaś z Koreą Północną - w szczególności!

  Norma czy obłuda? 
    Pewna sekretarka w Malezji straciła pracę, ponieważ w przechwyconych emajlach wysyłała impertynencje i plotki na temat swego szefa.
    Sąd uznał jednak, że owa pani nie dopuściła się złamania międzyludzkich zasad. Korespondencję emajlową uznał za prywatną pocztę i za rodzaj plotek. Gdyby obraźliwe słowa były skierowane wprost do przełożonych, to pracownik przekroczyłby pewne normy ustalone dobrymi obyczajami.
    Na Malezyjkę nie było skarg - pracę wykonywała sumiennie, zaś emajlowo plotkowała poza "uszami" szefów.
    "To takie zwyczajne i naturalne, że personel plotkuje o wyższych rangą od siebie. Może się to zdarzyć zawsze i wszędzie - przy kawie, czy przy posiłku, a teraz także w emajlowych przesyłkach" podsumował sąd i przyznał zaległe pensje oraz odszkodowanie (ok. 14500 europów).
    A zatem - jeśli chcemy obgadywać szefów to możemy to bezkarnie czynić poza ich plecami. Bezkarnie pod względem odpowiedzialności prawnej, bowiem każdy wie, co to znaczy ostro obgadać kogoś, kiedy ten ktoś (lepiej, żeby to nie był ani szef, ani współmałżonek szefa) właśnie stoi za drzwiami i nadstawia słuchy. Jeśli ploty dojdą do szefów, to pewnie wymyślą jakąś "słodką" zemstę, jednak oficjalnie nie mogą podać takiego powodu rozwiązania umowy o pracę.
    Prawdopodobnie podaną zasadę można rozciągnąć na osoby publiczne. Jeśli ktoś obgaduje a nawet obraża znanych polityków, biznesmenów, aktorów i innych wipów (i zresztą wszystkich innych mniej znaczących obywateli) to może być pociągnięty do odpowiedzialności jedynie w przypadku publicznego obrzucania błotem. Jeśli czyni to w miarę dyskretnie, w papierowych lub emajlowych liścikach, także w lokalnie opowiadanych dowcipach, to nie można go ukarać.
    Ale co będzie, jeśli ktoś wyśle prywatną wiadomość na adres swojego znajomego, a on (lub ktoś inny po przechwyceniu) wyśle ją do redakcji gazety, która to wydrukuje? Pewnie jest to naruszenie tajemnicy korespondencji oraz prawa autorskiego (bo taki list przy okazji jest przecież utworem literackim). Ale redakcja ma prawnika, który doskonale zna przepisy i co? Po wydrukowaniu, autor listu ma nieprzyjemności, może stracić premię lub spaść na niższe stanowisko. Albo dochodzi do rozwodu, bo tekst dotyczył jeszcze innych (a modnych ostatnio) spraw. Gazeta płaci odszkodowanie, ale wzrost nakładu znakomicie rekompensuje straty. Czy redakcja może podjąć decyzje o świadomym naruszeniu prawa po obliczeniu, że jej się to opłaca? To jest dopiero problem natury moralnej typu - czy zysk jest najważniejszy... Praktycznie co parę dni wydawcy prasowi dopuszczają do świadomego naruszania dóbr obywateli licząc się z karami, ale chęć osiągnięcia wyższej sprzedaży jest dla nich ważniejsza (mniejsza o ludzi - kasa się liczy!). Późniejsze przeprosiny nie niwelują strat poszkodowanego, a straty w odczuciu społecznym są nie do ogarnięcia.
    Opisywaną na wstępie sekretarkę nie przyjęto jednak ponownie do pracy. Sąd uznał, że pracodawca wprawdzie powinien wypłacić należności, jednak z uwagi na zerwanie delikatnej nici zaufania pomiędzy pracownikiem a pracodawcą - nie musi przyjmować go (tutaj - jej) do pracy...

   Usunięcie Łyżwińskiego z Samoobrony 
    Poseł Łyżwiński tej jesieni i zimy coś nie będzie miał wsparcia (lub suportu - to bardziej z angielska) w tafli lodowej. Podobno parę lat łyżwił, jednak mróz tego roku jakoś nie trzyma i świadków jego przewin jakby coraz więcej, zatem już nie połyżwi. Choć był moment (konferencja prasowa przed paroma dniami), kiedy poseł zaimponował spokojem - audytorium go pytało przekrzykując się, a ten facet ani okiem nie mrugnął i składał przecież rozsądne oświadczenia. Podobnie jak jego szef - przysiągł na Stwórcę, że paroletnie dziecię najsłynniejszej Anety w Polsce nie jest jego. Jego pewność była iście imponująca - można spekulować tu o metodach zastosowanych przez posła, dzięki którym DNA najsłynniejszej polskiej dzieciny jednak nie pochodziło od znacznej (dosłownie i w przenośni) figury "Samoobrony", z których podmiana próbek to tylko jedna z teoretycznie możliwych wersji wydarzeń i to najmniej prawdopodobna, zaś inne pozostawiam domyślności Czytelników.
    Dopiero podsłuch innego działacza telefonicznie naciskającego (sic!) na jeszcze inną ofiarę domniemanego molestowania spowodował, że przewodniczący Lepper po zawieszeniu członka (sic!) "Samoobrony", owego właśnie Łyżwińskiego - pozbawił go legitymacji. Teraz pan Łyżwiński już nie jest członkiem (sic!) tej szlachetnej partii i pozostaje z parokrotnie wymienianą częścią ciała sam na sam, jeśli nie liczyć (własnej!) żony, która broniła go z dużą dozą (ludowej?) wyrozumiałości.
    Dzięki genialnemu Francuzowi powstało słowo "pasteryzacja", może dzięki mniej roztropnemu Polakowi przyjmie się termin "wyłyżwić", synonimicznie wspomagając wyraz "wyślizgać"...
    Niezależnie od dramatu wielu osób zamieszanych w seksaferę, nie można dostrzec dwóch spraw - komuś bardzo zależało na kompromitacji "Samoobrony" (a szkoda, że nie liczył się z odpryskowym blamażem Polski poza jej granicami) oraz domniemanie, że w świecie postawa p. Anety jest powszechniejsza, niźli nam się mogło wydawać, zatem gdyby wyciągnąć na wyznania wszystkie kobiety w sprawie załatwiania egzaminów, prac dyplomowych, awansów (także w telestacjach) i podczas obsadzania ról filmowych, a dawniej podczas przydzielania mieszkań oraz talonów na samochody, to zjawisko frymarczenia wdziękami okazałoby się dość powszechne. Jedyna korzyść z tej afery na przyszłość, to większa ostrożność płci obojga podczas planowania kariery zawodowej (zwłaszcza kiedy talenty jakby mniejsze od zewnętrznych walorów) w gronie różnopłciowym, choć ostatnio (w ramach walki z homofobią) nie można wykluczać innych układów towarzyskich... Z pewnością sprzedaż kamerek i magnetofoników gwałtownie wzrośnie i jest tylko kwestią czasu, kiedy kolejna afera będzie bogato udokumentowana przez... obie strony.

   Spory wokół budżetu 
    Gdyby min. Zyta Gilowska była nadal w Platformie Obywatelskiej, to zapewne (jako specjalistka) znalazłaby parę wad uchwalonego właśnie budżetu. Skoro tak nie jest, to okazuje się, że budżet jest... dobry. Deficyt wynosi około tysiąca złotych na każdego Polaka i niestety z roku na rok przyrasta, zatem - kiedy i w jaki sposób go wyzerujemy, zwłaszcza że mamy sporo innych długów, udział młodzieży w społeczeństwie maleje, a wielu pracowitych rodaków pomnaża dobra obcych narodów? Porównując to z dobrą sytuacją gospodarczą, można dostrzec brak wykorzystania pomyślnych gospodarczych wiatrów, aby zmniejszyć zadłużenia wszelakie. Przy tym krytycy podnoszą problem przejadania środków przez administrację, co przeczy jednemu z podstawowych postulatów wyborczych - "chcemy taniego państwa!", ponadto oponenci wyciągają (i niestety słusznie!) sprawę zmniejszenia stypendiów, zatem studenci (którzy i bez tego raczej nie kibicowali PiS-owi) tym bardziej skłonią się ze swymi sympatiami ku opozycyjnym partiom. Sprawa nie dotyczy tylko młodzieży - jeśli ktoś rok temu stawiał na PiS, to bardzo trudno wytrwać mu wiernie u jego boku... Słowa piosenki - "cóż nam zostało z tych lat" można byłoby strawestować (jednak niezbyt melodyjnie, a nawet zupełnie fałszując) - "cóż nam zostało z tych haseł"?
    Może w przyszłości wprowadzimy wymóg - jeśli jakieś partie w swych hasłach wyborczych zaproponują tanie państwo, to niech ogłoszą współczynnik potanienia, np. 25%, 30%, 50%. Po wygraniu czekamy rok na opublikowanie danych i w razie niedotrzymania wylicytowanego obietniczego wyniku - rząd podaje się do dymisji. Bo złośliwi podają, że obecnie mamy znacznie więcej urzędników rządowych (i wydatków!) niż za krytykowanej lewicy.

  Wpadka prezydenta 
    Jeśli prezydent jakiegokolwiek państwa jest sprawcą gafy, to rumienią się wszyscy obywatele tego państwa, gdyż na zewnątrz jest nieistotne, czy Malinowski popiera swego przedstawiciela, czy nie. Nie jest istotne, czy śmiesznie lub okropnie zachowa się Jaruzelski, Wałęsa, Kwaśniewski czy Lech Kaczyński. Tu, w Polsce, możemy się ewentualnie pośmiać lub poobrażać, kierując się sympatiami (w tym partyjnymi), ale za granicą sprawa się komplikuje - wszystkim powinno zależeć na przyjaznym wizerunku naszej wspólnej głowy państwa.
    Przez ostatni rok mieliśmy parę wpadek naszego prezydenta, których nie będę tu omawiać, bo to byłoby pastwienie się nad leżącym. Boleję nad żartami i śmiechami zagranicznej prasy w aspekcie naszego najpopularniejszego bulwiastego płodu rolnego, zwłaszcza w wykonaniu niemieckiej gazety. Więcej - nie popieram takich karykatur i prześmiewczych artykułów wobec znanych osób, niezależnie od tego, czy są Polakami, czy cudzoziemcami, choć zdaję sobie sprawę, że od wieków poddani robili sobie śmiechy z królów i z ich dworów, a nawet z nich dworowali sobie (może i stąd ta nazwa?). Teraz, przy zastosowaniu wszechobecnych kamer i mikrofonów, jedynie amator może tłumaczyć się podglądem i podsłuchem. Jedyna pociecha, że obrażono polską korespondentkę - proszę sobie wyobrazić, co byłoby, gdyby to była Niemka albo Rosjanka... Zapewne MSZ musiałoby "fotygować" naszego ambasadora w sąsiednim państwie. I przy okazji wyjaśniania sprawy wyszły dodatkowe dość wstydliwe kwestie - przedstawiciele Kancelarii Prezydenta (jako i on sam) nie mają - tak potrzebnej na tym najwyższych stanowiskach - ogłady towarzyskiej, są zbyt sztywni, nie znają się na żartach i nie mają telewizyjnego wyglądu (jak Kennedy, który minimalnie wygrał z Nixonem - lansowany jest pogląd, że wygrał przystojniejszy). Starsi rodacy zapewne pamiętają Chruszczowa, który walił butem w oenzetowską ławę. Na pewno parokrotnie widział to na filmie prez. Kaczyński i nieźle się obśmiał z tego Słowianina. Jednak nie wyciągnął wniosków, a wyciąganie wniosków oraz godne nas reprezentowanie, to podstawowe powinności głowy państwa. Zbyt wiele?
    Ostatni incydent w wykonaniu Prezydenta RP jest żenującą gafą, o której pragnęlibyśmy jak najszybciej zapomnieć (zwłaszcza zwolennicy głowy państwa), ale media będą to przypominać przy każdej nadarzającej się okazji...

  Obcokrajowcy popełniają samobójstwa w aresztach deportacyjnych! 
    Bezduszne prawo azylu w Polsce. Przejmujemy się (i słusznie!) Polakami wykorzystywanymi przez zachodnich obywateli, a co dzieje się u nas?
    Po wejściu Polski do Unii Europejskiej słyszymy niemal każdego tygodnia, że nasi rodacy pracują w niewolniczych warunkach, są molestowani, a nawet giną w pięknych krajach - w krajach naszych marzeń, o niezapomnianych krajobrazach i o cudownej architekturze (Włochy, Hiszpania) oraz w krajach mniej urokliwych, ale o wyższych płacach za godzinę pracy (Niemcy, Wielka Brytania)...
    O ludziach z innych - biedniejszych niż nasz - krajów, o ludziach, których my, Polacy, wykorzystujemy w rolnictwie, przemyśle oraz na ulicy - nie chcemy słuchać, bo wydaje się nam, że jesteśmy narodem będącym wzorem cnót wszelakich. Nie chcemy tego wysłuchiwać, tak jak młodzi Niemcy nie chcą więcej słuchać o swoich dziadkach unurzanych we krwi podludzi w latach okupacji.
    Tym większym szokiem bywa zderzenie się naszych utartych przekonań z napływającymi danymi!
    Kiedy przeczytałem w zeszłym roku w "Dzienniku Bałtyckim", że kilku cudzoziemców popełniło samobójstwo w moim rodzinnym mieście, które jest znane z nowoczesności i z otwartości na nowinki, technikę, kulturę, obyczaje i na (zamożnych!) cudzoziemców, to długo przecierałem oczy ze zdumienia! - "Areszt deportacyjny w Gdyni może zostać zamknięty. Powód? Niedostosowanie warunków, w których przebywają zatrzymani, do przepisów unijnych".
    Beznamiętna informacja w wybrzeżowej prasie. Równie dobrze mogliby Niemcy napisać w 1942 roku, że z Żydami mają kłopoty w azylach zwanych gettami. A któż zwróciłby wówczas uwagę na taką notatkę? Który z Czytelników spostrzegł informację, że - "Funkcjonariusze wiążą zeszłoroczne samobójstwa kilku osadzonych z brakiem możliwości kontaktu z rodziną i ze światem"? To czytamy pomiędzy informacjami o podwyżce cen benzyny i o kłopotach emerytów przy nabywaniu nazbyt drogich leków. Albo nie zauważamy takiego tekstu, albo nie chcemy go dostrzec.
    Szokująca wiadomość. Oto w najnowocześniejszym i najmłodszym nadbałtyckim polskim mieście, zdesperowani obcokrajowcy odbierają sobie życie, kiedy my pracujemy, uczymy się i oglądamy telewizję? Kiedy spieramy się, czy Czeczenia powinna być wolna, czy Amerykanie wycofają się w końcu z Iraku, czy bilety trójmiejskiej komunikacji w końcu będą zunifikowane na wszystkie linie, czy poseł jest ojcem córki nieodpowiedzialnej a zwolnionej z pracy pani dyrektor...
A jakież to ma znaczenie?!
    Czytaliśmy o Polakach, którzy aresztowani przez gestapo, żegnali się z bliskimi i całymi grupami w rozpaczy kończyli swój żywot. Za kratami toczyło się życie, choć oczywiście znacznie podlejszej jakości. Ale rodacy ginęli wówczas zupełnie z innych powodów! I przynajmniej w glorii chwały i bohaterstwa - powstawały o Nich wiersze, powieści i filmy! I zachowujemy o Nich godną pamięć.
    A kto zwrócił uwagę na ową notatkę? Kogo to obchodzi? Gdyby zapytać gdynian o tę sprawę, to znakomita większość nie doczytała się tej makabrycznej informacji. A to tylko Gdynia - czy mamy obraz całej Polski w tej kwestii? Czy kimś wstrząsnęła ta wiadomość?
    Parę dni temu wyemitowano w telewizji felieton o rodzinie z Kaukazu - dzieci mówią ładniej po polsku niż niejeden polski menel i wszyscy są związani z Polską na dobre i na złe, a ministerialny urzędnik informuje nas, że ta rodzina musi wyjechać z Polski, bo zgodnie z prawem europejskim nie może u nas przebywać! Uszom nie wierzę - miliony wykształconych Polaków wybyło z PRL na Zachód, miliony teraz wyjeżdżają do naszych zachodnich prowincji (naszych, bo już jesteśmy w Unii), a ten facet twierdzi, że nasze państwo bezprawnie łoży pieniądze podatników na szkolną naukę tych dzieci. I w naszym imieniu każe im się wynosić! A co z prezydentem, ktory może każdą niesprawiedliwość załatwić jednym podpisem? Przypominam, że dwóch poprzedników zwolniło kilka tysięcy przestępców z więzienia i jestem pewien, że większość z tych cwaniaków mniej zrobiła dla Polski, niż może uczynić ta wyrzucana rodzina!
    I nic to, że wyłożyliśmy pieniądze na naukę milionów rodaków a uciekinierów do lepszego życia, nieważne, że Zachód wykłada na naukę naszych prymusów, którzy dostali się na zachodnie uczelnie (i wielu z nich nie wróci do nas), ale ważne, że paru obywateli z Kaukazu będzie się uczyć języka polskiego (a już pięknie mówią!) za nasze bezcenne a zafajdane złotówki, że chcą być Polakami i będą zapewne budować z innymi uczciwymi rodakami lepszą Polskę. To nie ma żadnego znaczenia! Gdyby tę audycję obejrzeli zachodni politycy, to kazaliby naszemu rządowi stuknąć się w głowę - to my przyjmowaliśmy was całymi milionami, pomagaliśmy także w Polsce podczas stanu wojennego, wspomagaliśmy kiedyś i pomagamy teraz azylantom z całego udręczonego świata, a wy (polskie urzędnicze łachudry!) nie dość, że nie pomagacie swoim rodakom deportowanym przez władze radzieckie na dalekie azjatyckie ziemie, to nie stać was na pomoc dla jednej kaukaskiej rodziny?!
    Wstyd mi za naszych urzędasów, za ich "praworządne" decyzje, za nasz "sprawiedliwy" rząd, za upokorzenie ludzi pochodzących z zapomnianych przez Boga rejonów Ziemi! Dlaczego na urzędników mianujemy tępogłowych a bezdusznych współobywateli niegodnie reprezentujących naszych rodaków przyjaźnie przecież nastawionych do świata? Czymże ci "nasi" przedstawiciele różnią się od esbeków znęcających się nad naszymi patriotami walczącymi z komuną? Zapewne swoje decyzje opierają na bezsensownych prawach III a może już (o zgrozo!) i IV RP? Przepraszam owych kaukaskich braci w imieniu prawych Polaków i wstyd mi za naszych ustawodawców oraz egzekutorów nikczemnego prawa!

  Historia kołem się toczy - po latach nadal magiel i seksafery... 
    "Gazeta Wyborcza" z 15 grudnia 1992 zamieściła najważniejsze fragmenty 45-minutowej rozmowy (pokazanej w telewizji na żywo) sprzed lat (30 listopada 1988).
    Kto pamięta to słynne starcie? Ilu Polaków oglądało je na swoich zwykle czarno-białych telewizorach lub wielkich skrzyniowych kolorowych? A nawet jeśli ktoś na peweksowskim lub baltonowskim, to już chyba (po niemal 20 latach) nikt nie ma tego odbiornika, chyba że w piwnicy albo na działce...
    Dyskusja kończy się wymianą zdań -
Wałęsa: - Idziemy na piechotę, a ludzie jadą samochodami. To mi się nie podoba.
Miodowicz: - Powiedziałem, że wsiądziemy w te samochody.
Wałęsa: - Trzymam pana za słowo. Mam nadzieję, że wsiądziemy, mam nadzieję, że zabierzemy ze sobą ludzi, bo jesteśmy przede wszystkim dla nich.
    Na dole po prawej stronie można doczytać się wypowiedzi prez. Lecha Wałęsy z 1992 -
"Patrzcie jakie bzdury od jak dawna Kaczyńscy opowiadają. Ale myślę, że odpowiem Kaczyńskim, ponieważ zaproponowano takie spotkanie typu Miodowicz. Mam nadzieję, że przyjdzie cała rodzina Kaczyńskich, a więc: Lech Kaczyński z żoną i Jarosław Kaczyński z mężem, i porozmawiamy."
    Komentator tych słów (o mężu) zareagował -
"Wypowiedź prezydenta o Jarosławie Kaczyńskim zupełnie odbiera ochotę do wszelkich debat i do prezydenta. Szkoda, że Lech Wałęsa kompromituje siebie i tamte wspomnienia"
i zaznacza, że dowcipy o mężu Kaczyńskiego ośmieszają urząd prezydenta, a najlepiej by brzmiały w... maglu.
    Natomiast na dole po lewej stronie pewien korespondent przypomina nam o Anastazji P. (prawdziwe nazwisko Marzena Domaros - autorka skandalizującej książki o erotycznych żywotach posłów na terenie Sejmu z udziałem ówczesnej medialnej gwiazdy, czyli samej autorki). Półtora miesiąca temu media ujawniły, że autorka "wypadła" z szafy płk. Lesiaka jako dobrze znana oficerom UOP, którzy płacili jej rachunki. A ponadto jej opowieści wpisują się w dzisiejszy klimat afery rozporkowej działaczy partii "Samoobrona". Pewnie za 20 lat będziemy mieli następny podobny skandal, bo w branży męsko-damskiej w każdym pokoleniu bywają hece dowodzące, że nie wyciąga się wniosków i nauk zdobytych przez poprzednie pokolenia... A od czasów prostego Lecha (ładujmy akumulatory) przeszliśmy w czasy kolejnego a skomplikowanego Lecha (od spieprzającego dziada i małpy w czerwonym). Magiel trwa...
    Podczas biurowej przeprowadzki natknąłem się na ową gazetową stronę, która przeniosła mnie w epokę końca PRL. Takie archiwa powinniśmy tworzyć i chronić przed zapomnieniem. Zwłaszcza w kolejnych grudniach, które w dwójnasób kojarzą nam się z ofiarnością Rodaków (1970 oraz 1981).

    A model(k)owe prawa człowieka? 
    Agencje doniosły, że z powodu zagłodzenia się na śmierć dwóch modelek, wydano zakaz wstępu na wybieg superchudym i małoletnim modelkom, aby dzięki temu lansować zdrowszy kobiecy wizerunek. Po ekscesach członków niektórych partii proponowano rozwiązanie tych partii, zaś po sekscesach innych członków (podczas "występów" w miastach zachodniej Europy) także postulowano wprowadzenie zakazu odbywania takich parad w Polsce. Pomysły upadały, ponieważ obrońcy praw człowieka argumentowali, że nie można walczyć z przedstawicielami mniejszości tylko dlatego, że znalazły się tam czarne owce.
    A tu taki cios w demokratycznie działające wolne (nawet zbyt wolne w dziedzinie konsumowania) modelki: we włoskiej stolicy mody, w Mediolanie, przed odbywającymi się colutowymi pokazami, oficjalnie wydano zakaz występowania na wybiegu modelek poniżej 16 roku życia i o wskaźniku masy ciała (BMI) mniejszym niż 18,5. Pod wyrokiem podpisał się przemysł i władze miasta. Nie wiadomo czy do spisku przyłączą się Helsinki, ponieważ stolica Finlandii kojarzona jest z  szeroko rozumianymi prawami człowieka, a złożony podpis pod zakazem mógłby podważyć zwykle słuszne idee tamże głoszone.
    Według zaleceń - modelki (przykładowo) wyższe niż 170 cm a lżejsze niż 53 kg nie mogłyby wybiegać przed publikę i straszyć jej swym nazbyt szczupłym wyglądem.
    Walka z niedożywioną młodzieżą żeńską została zapoczątkowana po śmierci dwóch anorektycznych południowoamerykańskich modelek o wskaźnikach 13 i 14,5.
    Nie zapominajmy także o konkursach dla puszystych pań. Wiele z nich, wiedząc, że kariery wśród szczupłych na pewno nie zrobią, to ileż mają możliwości, aby poświęcić się dla sławy na wybiegach w wadze superciężkiej? Gąski zwykle kojarzą się nam z chudymi młódkami, ale w tym przypadku (ze względu na krytykowany a nawet zabroniony siłowy sposób karmienia tych ptaków), będziemy mieli starsze a otyłe gęsi na wybiegu. I po paru podobnych tragediach (jak wśród cherlawych), organizatorzy zapewne wprowadzą ograniczenie BMI od góry? To może nie czekajmy na pierwsze ofiary i już ustalmy wartość maksymalną?
    Przy okazji wątek językowy. Otóż na konkursie piękności, na wybiegu w Paryżu, powabna Pianissima zdobyła czempionat świata. Polska Miss Świata 2004 miała wówczas rok i pochodzi ze stadniny koni w Janowie Podlaskim. A feministkom i modelkom nie przeszkadza, że kobiety walczą o trofea w świecie mody również na wybiegu? Jak konie i klacze? Mnie przeszkadza, a im nie? Czy można pogodzić szacunek z walką o sławę i pieniądze? W dzisiejszym świecie owładniętym przez mamonę, zarówno modelkom, jak również ich rodzinom, zależy właściwie tylko na jednym... I aprobuje się niemal wszystko w dążeniu do celu, w tym zagłodzenie. Modelki są jak sportowcy - każda metoda na poprawienie wyniku jest poważnie brana pod uwagę...
    Czy w demokracji można wprowadzać kolejne zakazy dla wolnych obywateli? Nie można narkotyzować się, nie można jeździć z niezapiętymi pasami i nie można zbytnio się... odchudzać. Nawet, jeśli to dobre pomysły. Co jeszcze nas czeka? I jak to się ma do praw człowieka i obywatela...
    BMI = masa [kg]/(wzrost [m] do kwadratu); Body Mass Index, po polsku "wskaźnik masy ciała".

    Lekarze biorą sprawy we własne opiekuńcze ręce 
    Biorą sprawy w swoje ręce (czasami nawet zbyt lepkie mają palce, bowiem wśród tych spraw są banknotowe koperty). Czy to jest wzorcowa procedura dzisiejszej społecznej służby zdrowia w Polsce?
    *W związku z ograniczeniem limitu na konsultacje specjalistyczne rejestracja pacjentów odbywa się w formie zapisów na listę oczekujących. Pacjenci, którzy chcą skorzystać z porady poza kolejnością mogą być przyjmowani odpłatnie w dniu zgłoszenia (koszt porady 30 zł).*
    Oto odręcznie napisane ogłoszenie i wywieszone na drzwiach gabinetu okulistycznego w jednej z uspołecznionych jednostek opieki zdrowotnej w Gdyni.
    Podejrzewam, że tego typu ogłoszenia zachęcają lub/oraz irytują wielu pacjentów do korzystania z prywatno-społecznego systemu opieki zdrowotnej w całej Polsce. Nie wiem, na ile jest to legalna działalność. Wielokrotnie oficjalne koła zbliżone do Ministerstwa Zdrowia uznawały rozmaite finansowe inicjatywy za nielegalne i nakazywały zaprzestania danej akcji. Idea wydawała się słuszna - za dodatkowe pieniążki stwarzano możliwości leczenia się poza kolejnością albo z wykorzystaniem urządzeń spoza zwyczajnych procedur.
    Z jednej strony Państwo żąda, aby Obywatel był lojalny podczas wypełniania zeznań podatkowych lub aby był uczciwy podczas szacowania wartości sprowadzanego auta, jednak z drugiej strony - nie wywiązuje się ze swych obietnic i to zapisanych w Konstytucji.
    Jeśli ktoś całe zawodowe życie opłacał składki i proponujemy mu teraz wielomiesięczne oczekiwanie w kolejce albo za pewną kwotę załatwienie w trybie niezwłocznym, to etyczne podstawy przeciętnie wrażliwego Polaka wystawione są na poważny szwank. A ponadto rodak ma poczucie krzywdy - wszak został oszukany! Jeśli przeciętny lekarz ma wyższe morale niż przeciętny Polak i inaczej (szlachetniej - tak mniemam) umieszczony próg wrażliwości, to dla niego taka procedura powinna wydawać się w dwójnasób nieetyczna. A jednak mizeria zarobkowa, otoczenie dobrobytem charakterystycznym dla nowobogackich obywateli naszego kraju, którzy częstokroć nie czynią nic ważniejszego niż lekarze oraz ogólna przychylność wobec machlojek a przynajmniej nieporadność Państwa w zwalczaniu patologii, powoduje, że przedstawiciele tego godnego zawodu (a mówią, że także powołania!) staczają się chyląc czoła przed mamoną.
    Kiedyś można było kupić malucha (Fiata 126p) za ok. 70 tysięcy złotych. Pod koniec lat 70. stwierdzono, że skoro na giełdzie spekulanci biorą za autko niemal 140 tys. zł, to nic wielkiego nie stanie się, jeśli niecierpliwym policzą "tylko" 120 tys. zł w ramach systemu ekspresowego. Podgrzewało to i tak nieszczególne nastroje wśród rodaków, ale autka uchodziły za materialne przejawy socjalizmu. Teraz mamy do czynienia z handlem zdrowiem w aspekcie materialnego przejawu kapitalizmu. Które frymarczenie (autkami czy zdrowiem) jest bardziej niemoralne i społecznie trudniej akceptowalne?

Mirosław Naleziński, Gdynia www.mirnal.neostrada.pl www.wiadomosci24.pl
AKTUALNOŚCI LISTOPADOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI

AKTUALNOŚCI PAŹDZIERNIKOWY MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI

AKTUALNOŚCI SIERPNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI

AKTUALNOŚCI LIPCOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI

AKTUALNOŚCI MAJOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI

AKTUALNOŚCI KWIETNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI

AKTUALNOŚCI MARCOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI

AKTUALNOŚCI LUTOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI

AKTUALNOŚCI STYCZNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI

i przechodzimy na 2005r
AKTUALNOŚCI GRUDNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI
AKTUALNOŚCI LISTOPADOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI
AKTUALNOŚCI PAŹDZIERNIKOWY MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI
AKTUALNOŚCI WRZEŚNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI
AKTUALNOŚCI SIERPNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI
AKTUALNOŚCI CZERWCOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI
AKTUALNOŚCI MAJOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI
AKTUALNOŚCI KWIETNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

 ARTYKUŁY - tematy do przemyślenia
i wiele innych w kolejnych działach wydawnictwa:
   SĄDY   PROKURATURA  ADWOKATURA
 POLITYKA  PRAWO  INTERWENCJE - sprawy czytelników

"AFERY PRAWA" - Niezależne Czasopismo Internetowe 
www.aferyprawa.com  
Redaktor Naczelny:
mgr inż.  ZDZISŁAW RACZKOWSKI

    uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres: Z.Raczkowski@aferyprawa.com 
Dziękuję za przysłane teksty opinie i informacje. 

WSZYSTKICH INFORMUJĘ ŻE PROWADZENIE STRON PUBLICYSTYCZNYCH
JEST W ZGODZIE z  Art. 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ 

zdzichu

Komentarze internautów:

Komentowanie nie jest już możliwe.