Imieniny:

AferyPrawa.com

Redaktor Zdzisław Raczkowski ujawnia niekompetencje funkcjonariuszy władzy...
http://Jooble.org
Najczęściej czytane:
Najczęściej komentowane:





Pogoda
Money.pl - Kliknij po więcej
16 listopada 2018
Źródło: MeteoGroup
Polskie prawo czy polskie prawie! Barwy Bezprawia

opublikowano: 26-10-2010

7 KRĘGÓW PIEKŁA WŁODZIMIERZA OLEWNIKA - z cyklu MAFIA I WŁADZA cz. 2

KRĄG CZWARTY – MAFIA

By uczynić następny krok i zejść w głębszy krąg polskiego piekła, trzeba wpierw zdefiniować dwa terminy, bez których świadomości sprawa uprowadzenia i zabójstwa Krzysztofa Olewnika będzie tylko kryminalną zagadką. Mafia i ORLEN.

Jeżeli mówić o „polskiej mafii”, to raczej jako o organizacji postkomunistycznej nomenklatury oraz byłych funkcjonariuszy i współpracowników komunistycznej policji politycznej, niż o „zwykłej” mafii kryminalnej. Cechą, która zdecydowanie odróżnia „klasyczną” mafię – powstałą jako tajna społeczność sprzeciwiająca się władzy, od polskiej hybrydy jest fakt, że „naszą” mafię zorganizowało państwo komunistyczne, a udoskonaliła III RP. Totalitarny ustrój PRL- u bez problemu kontrolował i czerpał korzyści również z tak ważnej sfery aktywności, jak zorganizowana przestępczość. Jakie były początki tego zjawiska?

W „Alfabecie Mafii” Ewy Ornackiej i Piotra Pytlakowskiego, można usłyszeć m.in.: „Tymczasem już wtedy (lata 80-ąte) w głębokim cieniu działała prawdziwa przestępczość zorganizowana – czarny rynek walutowy. Cinkciarze stali przed Peweksami i hotelami. Skupowali głównie od obcokrajowców, waluty, płacili ceny realne, a nie oficjalne, które były wielokrotnie niższe. Przykładowo w latach 70-ątych, państwowe banki płaciły, za USD zaledwie 30 zł, a cinkciarze 140. Sprzedawali je po 160. Różnica pomiędzy ceną skupu, a sprzedaży dawała duży zysk. Dlaczego omnipotentne państwo przymykało oczy na konkurencję, która bezczelnie pozbawiała budżet wpływów? Koników walutowych chroniła organizacja sterująca tym rynkiem. Cinkciarzy czasem zamykano, ale szybko wychodzili na wolność. Gazety pisały, że w sieci wpadają tylko płotki, a rekiny pozostają bezkarne. (…) Rekiny – prywatni bankierzy, obracali wielkimi pieniędzmi, mogli sfinansować każdą transakcję. Rekiny nigdy nie wyszły z ukrycia. Chroniła ich potęga SB MSW. W zamian SB, otrzymywała cenne informacje i, co może było jeszcze cenniejsze, nieformalnie opodatkowała czarny rynek dewiz. Dziś wiadomo, że SB, korzystała z tzw. lewej kasy. Organizowana za nią operacje specjalne, ale też wysocy oficerowie resortu spraw wewnętrznych zaspokajali z tych pieniędzy swoje prywatne potrzeby. Państwo nie miało nad SB, praktycznie żadnej kontroli”. Warto też zacytować, co „Alfabet mafii” mówi o „Pruszkowie”:

„Milicja zmieniona w policję dopiero uczyła się nowych obowiązków. Wszelkimi siłami odcinano się od PRL, przy okazji spuszczając ze smyczy tzw. osobowe źródła informacji, czyli agentów milicji i SB w świecie przestępczym. Wielu znanych w latach 90-ych gangsterów w poprzedniej dekadzie zajmowało się cinkciarstwem. Wśród waluciarzy SB miała mocną agenturę. Większość esbeków zweryfikowano negatywnie i role się odwróciły. Teraz oni stali się agenturą świata przestępczego. Gangsterzy wykorzystywali ich kontakty i znajomości z milicjantami przemianowanymi na policjantów, z prokuratorami, a nawet z sędziami. Wszyscy przestępcy, znani dzisiaj jako ojcowie chrzestni mafijnych grup, w latach 80-ych dziwnie łatwo wyjeżdżali do Niemiec (RFN) na wielomiesięczne pobyty. Bez problemów dostawali paszporty w czasach, kiedy nie było to wcale takie proste. Niemiecką mekką polskich złodziei był wtedy Hamburg i inne miasta nadmorskie. Bywali tam „Nikoś”, „Pershing”, „Wariat”, „Oczko”, a także podobno „Masa”, „Kiełbasa” i „Słowik”. – Istniał dyskretny nadzór ze strony SB nad pruszkowską bandą „Barabasza”. (…) To była swego rodzaju opieka. (…) Za czyny, które ludzie „Barabasza” popełniali, można było trafić do ciupy na bardzo długo. A oni nie trafiali. (…) W „Uroczej” (knajpa w Pruszkowie w latach 80-ych), bandyci „Barabasza” zajmowali połowę sali, drugą okupowali milicjanci po służbie. (…) Po kilku półlitrówkach, lody przełamywano i dochodziło do ogólnego zbratania, stoliki łączono i pito wspólnie. (…) Tak rodzą się nieformalne więzi. (…) Dzisiaj już wiemy, że wielu zwykłych złodziei z czasów PRL, członków bandyckich grup dokonujących włamań i napadów, dzięki opiece ludzi z perelowskich służb specjalnych w III RP zmieniło się w opromienionych sławą mafiosów, liderów „Pruszkowa”, „Wołomina” i wielu innych przestępczych grup zorganizowanych”.

W roku 2006 Sylwester Latkowski i Wojciech Sumliński w artykule „Przyjaciele mafii” napisali: „W zeznaniach Zdzisława Herszmana i Wojciecha Papiny, ważnych postaci w polskiej mafii, pojawiają się największe afery III RP, w tym zabójstwo generała Marka Papały czy sprawy badane przez sejmową komisję ds. PKN Orlen. Z tych zeznań wynika, że w latach 90. setki oficerów byłej SB i milicji mających kontakty z przestępczym podziemiem po prostu stanęło na jego czele. I zaczęli wykorzystywać państwowe służby, w tym BOR i policję. To nie przypadek, że najgroźniejszymi polskimi przestępcami zostali Jeremiasz Barański (Baranina), Andrzej Kolikowski (Pershing), Leszek Danielak (Wańka) czy Nikodem Skotarczak (Nikoś) - współpracownicy milicji lub SB. Dla swoich opiekunów prowadzili oni lewe interesy jeszcze w latach 70. i 80. Mafia miała swoich ludzi w sferach bankowych, biznesowych i w policji, przekształconej z milicji. Po tym przekształceniu część funkcjonariuszy pracowała na dwa fronty - w policji i dla mafii. Historie opowiedziane przez Zdzisława Herszmana, Wojciecha Papinę, Marka Minchberga i innych świadków pokazują, że siłą mafii nie był kij bejsbolowy czy karabin maszynowy, ale oparty na powiązaniach z czasów PRL układ, w którym "Pruszków" to były tylko "doły". […]

„Zeznania świadków wskazują, że to agenci tajnych służb PRL (a niekiedy także III RP) organizowali nielegalny handel paliwami, alkoholem, zakładali firmy ochroniarskie, działali w handlu zagranicznym, handlu bronią, podejmowali działalność parabankową. Każdy, kto wszedł im w drogę, był korumpowany, szantażowany albo likwidowany.[…] Układ musi w jakiejś formie istnieć do dziś, skoro tak trudno jest rozwikłać największe afery III RP. Jak bowiem inaczej wyjaśnić fakt, że mimo iż zeznania, które cytujemy, są znane od kilku lat, tajne służby, policja i prokuratura nic z tą wiedzą nie zrobiły”.

Powstająca na początku lat 90-ych „polska „mafia, tworzona była w dwojaki sposób: od góry – przez coraz bardziej skorumpowanych polityków i urzędników, którzy wykorzystując władzę przejmowali strategiczne działy gospodarki państwa oraz od dołu – przez coraz lepiej zorganizowanych drobnych przestępców. Można powiedzieć, że w tym procesie nieuczciwi politycy „kryminalizowali się”, a przestępcy „cywilizowali”. Obie grupy spotykają się zazwyczaj w połowie drogi, – gdy politycy potrzebują partnerów z gotówką w celu przejęcia kolejnego atrakcyjnego kąska gospodarki (ewentualnie osłony interesu przed innymi lub może sztuczne stworzenie monopolu) lub, gdy kryminaliści poszukują osłony i kontaktów dla legalizacji zasobów finansowych zdobytych w wyniku przestępstw. Wiele wskazuje na to, iż swoistymi pośrednikami między tymi grupami, są ludzie znający świetnie oba środowiska, czyli byli funkcjonariusze komunistycznych służb specjalnych.

Myślę, że w sprawie porwania i zabójstwa Olewnika doszło właśnie do takiego spotkania w połowie drogi, gdy interesy politycznych bossów wymagały wsparcia ze strony przestępców, przy czym do bezpośredniego wykonawstwa użyto pospolitych kryminalistów, zza których plecami działali „fachowcy” z mafii. Miejscem, w którym spotykały się interesy wszystkich stron był płocki Orlen, którego ówczesny zarząd nieprzypadkowo nazywano „SLD w miniaturze”.

Z chwilą objęcia władzy przez komunistów, rząd Millera natychmiast przystąpił do „odzyskania” Orlenu. Usunięcie Modrzejewskiego, przy współudziale służb specjalnych, zarządzanych przez Siemiątkowskiego, otworzyło tzw. lewicy drogę do zarządu spółki. Prezesem został Zbigniew Wróbel popierany przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego (miał go wspierać także najbogatszy Polak Jan Kulczyk, akcjonariusz PKN Orlen). Inni członkowie zarządu (wszyscy w randze wiceprezesa) również mieli wpływowych protektorów. Janusz Wiśniewski zawdzięczał nominację Krzysztofowi Janikowi, Jacek Strzelecki - Leszkowi Millerowi, Sławomir Golonka był protegowanym Wiesława Kaczmarka, a Andrzej Macenowicz ( współpracownik WSI, pseudo.Parys) - Józefa Oleksego. Nic dziwnego, że gdy w szeregach SLD zaczęły się rozłamy, walki frakcyjne zaczęły się też w zarządzie Orlenu. Mówiło się wręcz o dwóch zarządach - "małym", który tworzyli Zbigniew Wróbel i Sławomir Golonka, i "dużym", skupiającym pozostałych menedżerów. W ten sposób w PKN Orlen i spółkach, które do niego należały, krzyżowały się wpływy i interesy finansowe wszystkich frakcji SLD.

W artykule – „Państwo mafia”- Jana Pińskiego z roku 2005, w którym autor przedstawia efekty działalności sejmowej komisji śledczej ds.PKN Orlen, możemy przeczytać:

„W Polsce działa mafia, której oparciem są najwyżsi rangą politycy - wynika z przyjętego sprawozdania sejmowej komisji śledczej badającej tzw. sprawę Orlenu […]. Jeżeli tropem komisji podąży prokuratura, to polski establishment powstały po 1989 r. przestanie istnieć. Podobnie stało się we Włoszech w 1994 r., gdy seria skandali korupcyjnych (słynna operacja "Czyste ręce") zmiotła ze sceny 80 proc. polityków, zarówno chadeków, jak i socjalistów. "Skala i proceder działań przestępczych związanych z branżą paliwową wskazują, że mamy do czynienia ze zorganizowaną przestępczością opartą na powiązaniach kapitałowo-osobowych, powiązanych również z kręgami administracji rządowej i szeroko rozumianych organów ścigania. […]Raport komisji czyta się jak kryminał: kilkaset firm zamieszanych jest w pranie brudnych pieniędzy i oszustwa podatkowe, które rocznie kosztują skarb państwa, czyli nas, podatników, miliardy złotych. To wszystko wiąże się z lewymi interesami prywatnych firm z PKN Orlen i jego poprzedniczką - Petrochemią Płock […]”

Jak wiemy – raport komisji śledczej okazał się niewiele znaczącym dokumentem, nad którym pochylili się jedynie tropiciele „teorii spiskowych” , a żadne z zawartych w nim wniosków nie doczekały się nigdy realizacji. Nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że w latach rządów Millera „polska mafia” – czyli triumwirat służb, biznesu i polityków, przy wsparciu pospolitych przestępców najpełniej „objawił” się w płockim układzie, działającym w cieniu PKN Orlen. Dlatego próba dotarcia do prawdy o „sprawie Olewnika”, musi odsłonić kulisy tego układu, musi ukazać ludzi polityki, służb, biznesu i wymiaru sprawiedliwości, tworzących ponurą, mafijną rzeczywistość III RP. Ponieważ ten układ nie miał barw partyjnych i łączył „ponad podziałami”, można mieć uzasadnione wątpliwości czy efekty pracy obecnej komisji sejmowej nie będą identyczne, jak w przypadku komisji „orlenowskiej”.

To pogłębienie znaczenia pojęć „mafia” i „Orlen”, funkcjonujących w tle sprawy Krzysztofa Olewnika powinno wystarczyć, by we właściwym świetle ocenić rolę Andrzeja Piłata – tzw. barona SLD na Mazowszu, politycznego patrona kariery Grzegorza K – bohatera poprzedniej odsłony „Kręgów”, zatytułowanej „Łącznik”. Wiemy, że Grzegorz K był bardzo bliskim współpracownikiem Andrzeja Piłata. To Piłat otaczał Korytowskiego opieką i zapewniał polityczne poparcie. Dzięki temu, Korytowski w czasie rządów lewicy (2001 – 2005), niemal z ulicy został jednym z dyrektorów w płockim Orlenie.

Sam Piłat to postać nietuzinkowa, skoro jego nazwisko pojawia się w kontekście działalności niezwykle ciekawych spółek i osób (Megagaz, EkoTrade). Przypominałem o tym w pierwszym tekście „Kręgów”, a szeroko o spółkach, z którymi związany jest Piłat pisałem w styczniowym tekście KRĘGI PIEKŁA.

W czasach, gdy porwano Olewnika, Andrzej Piłat to główna figura, w szeregu poskomunistycznych działaczy zaangażowanych w realizację budowy płockiego mostu. Wiemy, że kontrakty na dostawę stali do tej inwestycji, mogły być powodem zainteresowania spółką Krup – Stal, której właścicielami byli Krzysztof Olewnik i Jacek Krupiński. Prawdopodobnie Krup – Stal, za wiedzą Krupińskiego handlowała również stalą pochodzącą z napadów na tiry oraz przemycaną na ogromną skalę z Rosji, a nieograniczony zbyt w płockim Orlenie zapewniał spółce Grzegorz K. i jego polityczny patron.

Jednak Andrzej Piłat nie stronił też od innych interesów. Włodzimierz Olewnik twierdził, że na krótko przed porwaniem syna otrzymywał liczne, lukratywne propozycje. Chodziło głównie o ułatwienia w zakupie kolejnych państwowych zakładów mięsnych. Propozycje padały ze środowiska płockiej lewicy. Jedną z takich propozycji była oferta kupna upadających państwowych zakładów mięsnych na Służewcu i w Mławie – po wyjątkowo atrakcyjnej cenie. Swoją pomoc przy tej transakcji zadeklarował właśnie Andrzej Piłat. Propozycje korzystnych interesów składał także były Komendant Komendy Wojewódzkiej w Płocku - Maciej Książkiewicz. Chciał, aby Włodzimierz Olewnik kupił jakiś zakład "na spółkę" z kolegą komendanta. Olewnik jednak nie skorzystał z tej propozycji. Obawiał się, że za transakcją może się kryć konieczność zapłacenia łapówki. W sprawie ofert występuje również pośrednik w handlu świniami, niejaki Andrzej Ł., który proponował Olewnikom swoje usługi krótko przed porwaniem. Ponieważ wiarygodność pośrednika od początku budziła podejrzenia handlowców z firmy Olewnika, nie skorzystano z jego propozycji. Wkrótce po porwaniu Andrzej Ł. zaoferował Włodzimierzowi Olewnikowi swoją pomoc w zdobywaniu informacji o losach Krzysztofa. Pod tym pozorem otrzymał od rodziny Olewników 160 tysięcy złotych. Jak wynikało z informacji TVN-owskiego „Superwizjera”, Andrzej Ł. mógł być współpracownikiem ABW.

Jeśli sam Olewnik twierdzi dziś uparcie, że „w tej sprawie wcale nie chodziło o okup – chodziło o przejęcie mojego majątku” , nie ma powodu, by nie wierzyć jego słowom. Skoro wkrótce po porwaniu banki wypowiedziały firmie Olewnika kilkanaście milionów złotych kredytów, a wszelkie możliwe urzędy rozpoczęły nękające kontrole, doprowadzając przedsiębiorstwo na skraj bankructwa – musiał być to scenariusz opracowany przez zleceniodawców porwania i stanowił integralną część koncepcji ich działania. Również nasyłanie na rodzinę Olewników wszelkiej maści naciągaczy, żerujących na tragedii miało na celu doprowadzenie do finansowego upadku Włodzimierza Olewnika. Jak twierdzi sam poszkodowany, na różnego rodzaju „pomocników” przeznaczył w sumie olbrzymią kwotę 5 mln złotych. Czy zatem firma miała upaść, aby zainteresowane osoby mogły ją kupić od syndyka za cenę znacznie poniżej rzeczywistej wartości? Odrzucenie, której z wymienionych powyżej ofert mogło skłonić „towarzyszy spod ciemnej gwiazdy” do aktu zemsty i porwania Krzysztofa Olewnika? Istnieje jednak jeszcze inna możliwość, która, jak sądzę nigdy nie była przedmiotem zainteresowania organów ścigania i nie została uwzględniona jako motyw działania mocodawców.

Otóż, nie można wykluczyć, że firmy Włodzimierza Olewnika i jego syna Krzysztofa były potrzebne lokalnej mafii, jako ogniwa w systemie nielegalnego transferowania pieniędzy do kasy SLD. Mechanizm takich transakcji, w których komuniści mieli ogromne doświadczenie został precyzyjnie opisany we Wprost z roku 2004, w artykule Jarosława Jakimczyka „Przelewy w Płocku”. Autor twierdzi, że w Płocku funkcjonowała wzorcowa lewa kasa, z której finansowano polityków SLD i opisuje przypadek szanowanego przedsiębiorcy Zbigniewa D, który w roku 1999 zapisał się do SLD, dając się zwieść mirażowi władzy, jaki roztoczyli przed nim płoccy działacze. Prawdziwym powodem ich zainteresowania osobą Zbigniewa D. były jego trzy firmy: Atlantic, PPH Viz-Atlantic i PHU Novum. Były one wykorzystywane w systemie nielegalnego transferowania pieniędzy do kasy SLD w Płocku, a samemu przedsiębiorcy powierzono organizację systemu finansowania partii. Biznesmen zgodził się, licząc, że SLD wygra wybory samorządowe w 2002 r. i mu się odwdzięczy.

Jakimczyk pisał m.in.:

„Zbigniew D. został dopuszczony do największych tajemnic partii, bo cieszył się zaufaniem ówczesnego mazowieckiego barona SLD - Andrzeja Piłata (obecnie sekretarza stanu w Ministerstwie Infrastruktury), którego poznał w latach 60. Według źródła zbliżonego do płockiej rady miejskiej, Zbigniew D. prowadził lewą kasę partii w mieście. Pieniądze wpływające do kasy nie były oficjalnie ewidencjonowane, nie trzymano ich na koncie w banku. Sumy te zapisywano w specjalnym zeszycie. Po każdej operacji wpłaty lub wypłaty wydzierano i niszczono kartkę z poprzednim saldem. Na nowej kartce odnotowywano jedynie stan bieżący - pod hasłem "bilans otwarcia". Na tej kartce podpisywały się dwie zaufane osoby, w tym trzymający lewą kasę Zbigniew D. Przed nim funkcję kasjera - jak twierdzi nasz informator - pełnił Stanisław Jakubowski, obecny prezes PERN, który wcześniej był wiceprezydentem, a następnie prezydentem Płocka. […] Tylko w 2002 r. w zeszycie dokumentującym funkcjonowanie lewej kasy SLD w Płocku zaksięgowano 1,5-2 mln zł.
Z relacji, jakie mamy, wynika, że pieniądze wpłacał do lewej kasy m.in.
Wojciech Hetkowski, mąż zaufania posła Piłata, który kieruje obecnie organizacją miejską SLD w Płocku (wcześniej był on prezydentem Płocka). Przynosząc gotówkę, Hetkowski miał czasem mawiać "wygraliśmy przetarg", co oznaczało, że w rządzonym wówczas przez SLD Płocku o wyniku przetargu zadecydowała łapówka.[…] Jak funkcjonowała lewa kasa? […] kampania Wojciecha Hetkowskiego w 2002 r. wymagała zaangażowania dodatkowych funduszy ze względu na dogrywkę w drugiej rundzie wyborów. Jej koszty pokryto z pieniędzy księgowanych w zeszycie prowadzonym przez Zbigniewa D. Płock dosłownie zalepiono plakatami Hetkowskiego. Pieniądze na druk plakatów i produkcję gadżetów pochodziły m.in. z drukarni Rytter Investment Zbigniewa Ryttera. Drukarnia Ryttera wystawiła firmom Zbigniewa D. faktury za fikcyjne usługi. Przykładowo: fakturę 0676/MP02/TV wystawiono 25 października 2002 r. dla spółki Atlantic SA za "widokówki/sprzedaż widokówek/5400 szt.". W rzeczywistości żadna z trzech firm Zbigniewa D. nigdy nie zamawiała w drukarni Rytter Investment żadnych usług. Chodziło wyłącznie o przepompowanie pieniędzy na potrzeby SLD. […] Spółki Zbigniewa D. same również wystawiały faktury za fikcyjne usługi, na przykład dla firmy płockiego dealera samochodów Auto Skoda - Wojciechowski. Tymczasem spółki te nigdy nie wykonywały żadnych usług dla tego dealera. Chodziło tylko o to, żeby pieniądze od Wojciechowskiego zasiliły lewy fundusz wyborczy Wojciecha Hetkowskiego. Firmy Zbigniewa D. na podobnej zasadzie wystawiły też faktury obciążające Urząd Miasta w Płocku. Jako tytuł płatności wpisywano najczęściej książki. Z dokumentów, do których dotarliśmy, wynika, że po lewe faktury zgłaszał się i kwitował ich odbiór Adam Zbyszewski, społeczny asystent posła Andrzeja Piłata. Gdyby podliczyć wszystkie lewe faktury, w których zamawiającym lub odbiorcą w 2002 r. były firmy Zbigniewa D., wyszłaby suma około 800 tys. zł”.

Gdy Hetkowski przegrał wybory, Zbigniew D upomniał się o zwrot kosztów. Zaczął się też obawiać wyników kontroli prowadzonej w jego firmach przez urząd skarbowy. Dzięki kontaktom Hetkowskiego z naczelnik US w Płocku inspektorzy skarbowi kontrolujący firmy Zbigniewa D. nie zgłosili żadnych zastrzeżeń do faktur z 2002 r. Zakwestionowali natomiast kilka rachunków za usługi, które zostały faktycznie wykonane. Gdy Zbigniew D. chciał złożyć zastrzeżenia do protokołów pokontrolnych, został zatrzymany przez Centralne Biuro Śledcze i pod zarzutem oszustwa trafił do aresztu śledczego. Przesłuchujący Zbigniewa D. oficerowie CBŚ w początkowej fazie śledztwa pytali go o nielegalne operacje finansowe, których beneficjantem był płocki SLD i związane z nim firmy. Gdy ze stanowiska zastępcy komendanta głównego policji odwołano gen. Adama Rapackiego (nadzorował on CBŚ), przesłuchujący przestali się interesować finansowaniem SLD w Płocku. Podczas ostatnich przesłuchań podejrzanemu sugerowano nawet, by "dogadał się jakoś" z przewodniczącym płockiego SLD Wojciechem Hetkowskim. Gdy Zbigniew D. zorientował się, że został kozłem ofiarnym, postanowił ujawnić rolę, jaką w tuszowaniu nielegalnych operacji finansowych SLD odegrali Wojciech Hetkowski oraz urzędnicy skarbowi i zawiadomił generalnego inspektora kontroli skarbowej Wiesława Ciesielskiego (SLD). Ciesielski został też poinformowany, że liderzy płockiego SLD używali jego nazwiska "jako swoistego straszaka i legitymacji (....) nieuczciwych działań". Z pisma Zbigniewa. D. wynika, że Wojciech Hetkowski zapewniał go, iż wiceminister Ciesielski uzna kontrolę w jego firmach "za niebyłą". "To jest kumpel Andrzeja Piłata i Andrzej z nim na ten temat już rozmawiał. Wszystko będzie dobrze - nie masz czym się denerwować" - uspokajał Hetkowski Zbigniewa D. miesiąc przed jego aresztowaniem. Płocka prokuratura rejonowa zareagowała na zawiadomienie Zbigniewa D. postawieniem mu nowych zarzutów. Dopiero w kwietniu 2004 r., gdy Zbigniew D. złożył skargę w Prokuraturze Krajowej, wszczęto odrębne śledztwo "w sprawie składania fałszywych zeznań w Urzędzie Skarbowym w Płocku, tworzenia fałszywych dowodów w postępowaniu podatkowym, poświadczenia nieprawdy oraz płatnej protekcji". Nikomu jednak nie postawiono zarzutów.

Opisuję obszernie sprawę „płockich przelewów”, ponieważ zastosowany w niej mechanizm nielegalnego pozyskiwania środków na działalność SLD, mógł zostać z powodzeniem i na znacznie większą skalę, zastosowany wobec Włodzimierza Olewnika. Tych samych ludzi, wykorzystujących firmy Zbigniewa D, znajdujemy w otoczeniu Olewnika. Łudząco podobny jest również sposób działania organów kontroli skarbowej, traktowanych jako aparat represji i nacisku. Jeśli przedsiębiorca, tuż przed porwaniem syna, otrzymywał propozycje dochodowych interesów – byle z udziałem ludzi wskazanych przez lokalnego „barona” Piłata – sens tego przedsięwzięcia musi mieć związek z nielegalnym finansowaniem struktur SLD. Odmawiając „propozycjom nie do odrzucenia” Olewnik, (któremu zapewne przedstawiono kulisy tych operacji) naraził się na zemstę mafijnego układu. Niewykluczone, że porwaniem syna chciano wymusić ustępstwa i zgodę na „współpracę” oraz zagwarantować milczenie płockiego przedsiębiorcy. Wolno przypuszczać, że zastosowany „środek przymusu” musiał być adekwatny do wagi interesu, którego dotyczył, dlatego sądzę, że chodziło o sprawę i pieniądze znacznie większe, niż w przypadku wyzyskania firm Zbigniewa D.

Przestępcza logika działań „płockiego układu” uprawnia do twierdzenia, że za porwaniem i zabójstwem Krzysztofa Olewnika stoi „polska mafia”, twór komunistycznej bezpieki, doskonale wkomponowany w pejzaż IIIRP. Dlatego poszukiwań najgłębiej ukrytych mocodawców i decydentów tych działań, nie wolno ograniczać do partii postkomunistycznej i lokalnego środowiska płockiego. Podobnie, jak w klasycznej strukturze mafijnej, to nie „żołnierze”, nie „caporegima” i nie „bossowie” podejmują strategiczne decyzje i rozdzielają role poszczególnych postaci. Trzeba dotrzeć do tych, którzy z pozoru najmniej połączeni ze sprawą, tworzą głównodowodzących – niczym mafijna „commission”.

Nie opuszczając zatem bardzo ważnej osoby - Andrzeja Piłata - trzeba pójść dalej, do kolejnego kręgu „polskiego piekła”.

KRĄG PIĄTY – LUDZIE ZNIKĄD

„Kim są prawdziwi szefowie polskiej mafii, przełożeni Pershinga, Dziada czy Oczka”? – pytały przed 10 laty Ewa Ornacka i Violetta Krasnowska w tygodniku „Wprost”, w artykule „Ojcowie chrzestni”. „Pershing, Dziad czy Oczko, uważani za najważniejszych przywódców polskich zorganizowanych grup przestępczych, byli co najwyżej dowódcami "prywatnej policji", chłopcami do brudnej roboty i pilnowania cudzych interesów. Z przestępczych "inwestycji" trafiało do ich kieszeni jedynie 5-10 proc. zysków. Nie mogli kierować podziemną Polską, gdyż za mało wiedzieli, byli zbyt łatwo identyfikowani, przez lata o ich losie decydowali prowadzący ich lub inwigilujący funkcjonariusze milicji oraz służb specjalnych.” – pisały autorki artykułu.

Kto zatem rządzi tym światem – (o którego korzeniach pisałem w poprzedniej części „Kręgów”) – gdzie szukać prawdziwych szefów układu, zwanego „polską mafią”? Czy można zlokalizować środowiska, z których wywodzą się mafijni „caporegima” i „bossowie”?

W sprawie Krzysztofa Olewnika, należy przyjąć jako pewnik tezę, że za bezpośrednim przebiegiem porwania i zabójstwa oraz wieloletnią, skomplikowaną operacją utrudniania i fałszowania śledztwa na wszystkich szczeblach władzy stał układ mafijny, łączący polityków, funkcjonariuszy służb, biznesmenów i kryminalistów.

Świadczy o tym przede wszystkim zakres działań, jakie podejmowano przez ostatnie 8 lat, by skutecznie ukryć prawdę o motywach porwania oraz ludziach, stojących za zbrodnią. Świadczy klasyczna (zgodna z mafijnym „kodem Omerta”),choć czasem wymuszana „samobójstwem” „zmowa milczenia” - począwszy od sprawców uprowadzenia, poprzez policjantów i prokuratorów, po dziennikarzy i polityków. Wreszcie – dowodem są nazwiska osób, występujących w sprawie, ich wzajemne powiązania i rzeczywiste relacje.

By wejść na drogę, prowadzącą do odpowiedzi na pytanie postawione na wstępie, posłużę się słowami „wysokiego funkcjonariusza służb specjalnych IIIRP”, cytowanymi przez autorki artykułu:

„Trzeba sięgnąć do początków tworzenia się zorganizowanych struktur przestępczych, czyli do przełomu lat 80. i 90. Do czasów żywiołowej gospodarki rynkowej, młodego kapitalizmu, a zarazem czasów rozpadu PZPR, czystek w milicji, SB i Ministerstwie Spraw Wewnętrznych Milicjanci i negatywnie zweryfikowani esbecy masowo przechodzili wówczas do biznesu. Przychodziło im to tym łatwiej, że w wielu firmach pracowali ich "podopieczni", że mieli "haki" na członków formujących się wtedy zarządów i rad nadzorczych. Trafiali przede wszystkim do przedsiębiorstw zajmujących się handlem paliwami i alkoholem. Opanowali firmy ochroniarskie, banki, spółki polonijne i przedsiębiorstwa handlu zagranicznego. Te ostatnie były w czasach PRL często przykrywką dla działań służb specjalnych.

Dopiero, gdy firmy ustabilizowały swoją pozycję na rynku, zatrudnieni w nich funkcjonariusze milicji i służb specjalnych przypomnieli sobie o prowadzonych przez siebie przez lata tajnych współpracownikach i zaczęli korzystać z ich usług. Swoich byłych podopiecznych, często ludzi, którzy stali się niemal z dnia na dzień bogatymi i szanowanymi biznesmenami, nazywali "dyzmami". Podręcznikowym typem "dyzmy", człowieka znikąd, bez życiorysu, był na przykład K., kioskarz z Radomia, który w połowie lat 90. jako parlamentarzysta trafił do ważnej instytucji doradzającej ministrowi spraw wewnętrznych, dzięki czemu zyskał dostęp do najściślejszych tajemnic państwa.[…]

Prawdziwi szefowie polskiej mafii są de facto finansistami. Nierzadko zapraszają do interesów całkiem legalnie działających przedsiębiorców Dotychczas żadnemu ministerialnemu urzędnikowi czy ważnemu politykowi nie udowodniono współpracy z przestępcami.”

Warto dostrzec, że tak przedstawione zasady funkcjonowania „polskiej mafii” są aż nadto widoczne w sprawie Krzysztofa Olewnika. Zdradza je zakres wzajemnych relacji pomiędzy głównymi bohaterami oraz ich usytuowanie w hierarchii IIIRP.

Czy pojawiający się „z ulicy” Grzegorz K, protegowany Andrzeja Piłata, nie odpowiada charakterystyce „dyzmy”, jak opisuje ludzi „znikąd” cytowany artykuł? Niewykluczone, że akurat tych bohaterów połączyła wspólna pasja sportowa, bowiem Grzegorz K był nauczycielem wychowania fizycznego w sierpeckiej podstawówce, a Andrzej Piłat działaczem sierpeckiego TKKF -u „Kubuś”, reprezentując go nawet na II Wojewódzkim Zjeździe Ognisk TKKF województwa płockiego, w roku 1981 r. Ale czy tylko pasja sportowa łączyła tych dwóch?

Ileż tajemnic nagłych i zaskakujących karier można rozwikłać, dostrzegając prawidłowość, że w III RP, a szczególnie w interesującym nas czasie i miejscu pojawiało się wielu ludzi „znikąd” powoływanych na znaczące stanowiska, wyłącznie w tym celu, by służyć interesom swoich politycznych „patronów” lub spełniać rolę „łączników”. Kto pamięta dziś Stanisława Alota, zwykłego nauczyciela z prowincji, który nie miał żadnego doświadczenia w kierowaniu wielkimi firmami, aż nagle został szefem ZUS-u? Albo Władysława Jamrożego, przeciętnego, prowincjonalnego lekarza, który najpierw został szefem PZU, a potem Totalizatora?

W kontekście sprawy Olewnika i nierozerwalnie z nią związanych interesów płockiego Orlenu, warto ponownie wspomnieć o postaci Roberta G, startującego bezskutecznie w 1997 r. do sejmu z listy Unii Wolności. W 1999 r. ten nieznany dotąd kielecki weterynarz został zastępcą głównego lekarza weterynarii kraju, a rok później - wiceministrem rolnictwa. Oba stanowiska zawdzięczał Arturowi Balazsowi z SKL, który kierował wówczas tym resortem. Gdy po wyborczym zwycięstwie SLD w roku 2001 i zmianie rządu zamiast - jak cała stara ekipa - pójść w odstawkę, wszedł do najpotężniejszej spółki paliwowej. Został w Orlenie szefem biura ds. biopaliw, choć przed tą nominacją był dyrektorem Stowarzyszenia Rzeźników RP. Przypomnę, że podobnie – Grzegorz K, w tym samym niemal czasie dostał w spółce eksponowane stanowisko prezesa Orlen Laboratorium. Robert G pełnił w Orlenie kilka ról: dyrektora biura ds. biopaliw, zastępcy dyrektora ds. rozwoju spółki, członka rady fundacji „Dar serca”. Był najbardziej zaufanym człowiekiem prezesa Wróbla, jego łącznikiem ze wszystkimi działami. Ale nawet po „upadku” ekipy Wróbla, Robert G nadal pracował w Orlenie. Obaj panowie – K i G - musieli doskonale się znać. Łączył ich również fakt, że obaj posiadali wpływowych, politycznych patronów; Grzegorz K – Andrzeja Piłata, zaś Robert G - Artura Balazsa z ówczesnego Stronnictwa Konserwatywno Liberalnego.

Co ważne - nazwisko Roberta G przewija się również w sprawie tajemniczej śmierci szefa Ośrodka Studiów Wschodnich Marka Karpa, o której wspominałem przed rokiem w tekście CZEGO SIĘ BOI POSEŁ GRAŚ?

Marek Karp, który w roku 2004 miał zostać ekspertem komisji „orlenowskiej”, przed swoją śmiercią sprawdzał rosyjskie kontakty "wpływowej osoby z branży paliwowej". Jak się później okazało szukał w Rosji powiązań Roberta G, z rosyjskimi firmami paliwowymi i związanych z tym przepływów pieniężnych. Prawdopodobnie także badał, czy istniały związki G z rosyjskimi służbami specjalnym. Karp miał trafić na ślad istnienia tajnego ośrodka, w którym dochodziło do cyklicznych spotkań polityków i biznesmenów związanych z przemysłem paliwowym, z funkcjonariuszami służb Federacji Rosyjskiej.

12 sierpnia 2004 roku w Białej Podlaskiej jego auto zmasakrował białoruski tir. Choć Karp cudem przeżył wypadek, zginął w niewyjaśnionych okolicznościach miesiąc później, tuż po opuszczeniu szpitala. Kilka dni przed wypadkiem odwiedził ABW, mówił, że czuje się zagrożony. Nieoficjalnie wiadomo, że kontaktował się w Agencji głównie z gen. Maciejem Hunią, ówczesnym szefem kontrwywiadu. Na kilka dni przed wypadkiem Karp zgłosił się też do wiceprzewodniczącego komisji śledczej ds. Orlenu Zbigniewa Wassermana, twierdząc, że ma ważne informacje na temat G. Obiecał, że szczegóły poda podczas następnego spotkania. Nie zdążył.

Wiosną 2004 roku, gdy Karp kierował jeszcze Ośrodkiem Studiów Wschodnich, zorganizował w Magdalence spotkanie z przedstawicielami Agencji Wywiadu i MSZ. Ośrodek przedstawił im szczegółowy raport o zmianach w rosyjskich firmach należących do skarbu państwa - kontrolę nad nimi przejęli właśnie ludzie prezydenta Rosji Władimira Putina. Tych ludzi nazywano "siłownikami" – pochodzili z kręgu służb specjalnych i tzw. resortów siłowych. Raport dotyczył przede wszystkim spółek zajmujących się eksportem paliw, energii i surowców.

Z Robertem G, Karp zetknął się parę lat wcześniej. We wrześniu 2000 roku był z nim w delegacji rządowej, która odwiedziła Gruzję, Armenię, Uzbekistan i Azerbejdżan. Po powrocie Karp opowiadał swojemu przyjacielowi, jak ku jego zdumieniu Robert G, wtedy wiceminister rolnictwa, początkowo prawie niewidoczny, nagle ożywił się w Azerbejdżanie. Interesował się jednak nie sprawami rolnymi, lecz handlem ropą i gazem. G - jak twierdziła prasa - miał doskonałe układy w ambasadzie rosyjskiej. Był w bardzo bliskich, przyjacielskich stosunkach z Nikołajem Zachmatowem, szarą eminencją rosyjskiej ambasady, oficjalnie przedstawicielem handlowym Federacji Rosyjskiej, również dobrym znajomym Andrzeja Piłata. Postać nieżyjącego już Nikołaja Zachmatowa - pułkownika Służby Wywiadu Zagranicznego (SVR) – nieprzypadkowo przewija się w niemal każdej części „Kręgów”. Stanowi niewidzialną klamrę, łączącą ze sobą orlenowskich „najemników” i ich interesy.

Myślę, że sprawa Marka Karpa ma głęboki związek ze sprawą uprowadzenia i zabójstwa Olewnika, ukazuje bowiem niemal identyczny mechanizm, jakim posłużono się, by wyeliminować niewygodną dla układu osobę. Również w jego sprawie lokalne układy polityczne mieszają się z globalnymi interesami „polskiej mafii”, z bezprawiem organów ścigania i udziałem służb specjalnych.

To osobom związanym z rządem Leszka Millera zależało na pozbyciu się Karpa ze sceny politycznej. Karp zginął,- jak twierdzą jego przyjaciele - bo przeszkadzał lewicy w prowadzeniu własnej polityki ze Wschodem. Problemy dyrektora OSW rozpoczęły się w 2000 r. Miał już wtedy własne gospodarstwo hodowlane w Ludwinowie, pod Białą Podlaską. Wyremontował zrujnowany dworek, a potem postanowił hodować krowy. Miał ich kilkaset sztuk. Jednocześnie cały czas pracował w Warszawie, dlatego bieżące zarządzanie gospodarstwem przekazał dwóm miejscowym biznesmenom, jak się potem okazało – związanym z lewicą. Zaczęli go oszukiwać: sprzedawali na lewo jałówki, dziwne rzeczy działy się z drewnem opałowym. Kiedy Karp się w tym zorientował, postanowił zrezygnować z ich usług. Nie było to takie proste. Ostrzegli go, że całe miejscowe władze siedzą u nich w kieszeni i że będzie miał kłopoty. I rzeczywiście je miał. Nasiliły się, gdy Karp przestał „podobać się” lewicy, czyli na początku 2002 r. Prokuratura sprokurowała przeciwko niemu fałszywy akt oskarżenia o rzekome, finansowe nadużycia, uderzając również w przyjaciela Karpa – biznesmena Mirosława Ciełuszeckiego – jednego z najbogatszych ludzi Podlasia. Nadzorujący sprawę prokurator okręgowy w Białymstoku Sławomir Luks, groził Karpowi, że cela obok Ciełuszeckiego (biznesmen był aresztowany) jest wolna. Karp miał wielokrotnie mówić, że zachowanie Luksa podczas przesłuchania przypominało próbę zastraszenia rodem z lat 80. Na marginesie - warto w tym miejscu przypomnieć, że ten sam Sławomir Luks – już jako prokurator apelacyjny w Białymstoku nadzorował sprawę Krzysztofa Olewnika, prowadzoną wówczas przez olsztyńskich śledczych.

Sugerowano również, by Karp zrezygnował ze stanowiska dyrektora OSW. Gdy poddał się politycznym naciskom, nowym dyrektorem został Jacek Cichocki (obecny sekretarz Kolegium ds.służb specjalnych przy Radzie Ministrów), lecz Karp zachował wpływy na działalność OSW i był szarą eminencją ośrodka. Nadal jednak przeszkadzał. Komu? Jego przyjaciele wskazywali te same środowiska: służby specjalne, osoby związane z rządem Leszka Millera, czy szerzej: z polską lewicą. Zwracano uwagę na aferę paliwową oraz postępowanie prowadzone przez komisję śledczą ds. PKN Orlen, a wreszcie - mafię ze Wschodu. Sam Karp twierdził, że wypadek spowodowali „nasi”. Wykluczył Rosję i inne kraje wschodnie. Był przekonany, że w całej sprawie maczały palce polskie służby specjalne.

Ważnym łącznikiem obu – z pozoru odległych spraw – są osoby „orlenowskich bossów” – Grzegorza K, w sprawie Olewnika i Roberta G, w sprawie Karpa. W obu przypadkach ludzie ci odegrali rolę „czarnych charakterów”, rolę nigdy niewyjaśnioną, w prowadzonych przez prokuraturę śledztwach. Za oboma dyrektorami PKN Orlen stali ludzie reprezentujący interesy establishmentu IIIRP: „lewicowego” – Piłat i „prawicowego” – Balazs.

W kontekście tej sprawy wolno się zastanawiać - na ile fakt, że ludzie tacy jak Konstanty Miodowicz czy Jan Maria Rokita, pełniący w tamtym czasie kluczową rolę w szeregu „Balazsowskich” fundacji (m.in. Fundacji im. Józefa Ślisza), których głównym celem działalności był transfer unijnych funduszy pomocowych do struktur związanych z SKL – może mieć związek z zakresem prac komisji Olewnika? Można się również zastanawiać – czy i na ile fakt, że sekretarzem generalnym i wiceprezesem SKL- u był Bronisław Komorowski – ma związek z nieskrywaną niechęcią obecnego marszałka sejmu wobec pomysłu powołania komisji?

Wolno też dociekać, – jaki związek ze sprawą śmierci Marka Karpa miał Zbigniew Chrzanowski b. poseł SKL i wiceminister rolnictwa – prywatnie przyjaciel Roberta G. Nagły wyjazd Chrzanowskiego do USA w roku 2004 miał charakter ucieczki. "Poseł wyjechał nagle z Polski, wraz z całą rodziną, na dzień przed śmiercią Marka Karpia. Swój spory majątek przekazał bratu w zarządzanie. Dopiero po wylądowaniu w USA zrzekł się mandatu poselskiego.” – informował w 2004 roku „Tygodnik Siedlecki”.

Te i inne pytania, w kontekście obecnych polityków PO warto wiązać z twierdzeniami Andrzeja Czyżewskiego - byłego prokuratora z Iławy, który w stanie wojennym został internowany za działalność w "Solidarności", a następnie wyjechał do Niemiec i uzyskał tamtejsze obywatelstwo. Po 1989 r. wrócił do Polski już jako przedstawiciel zachodnich firm paliwowych i dokładnie poznał mechanizmy rządzące tą branżą. Wiedza Czyżewskiego na temat funkcjonowania „polskiej mafii”, stała się przyczyną kilku zamachów na jego życie i sprawiła, że był w Polsce ścigany listami gończymi, w związku z fałszywymi, prokuratorskimi oskarżeniami.

Według Czyżewskiego, istniała w Polsce nieformalna grupa, usytuowana powyżej kierownictwa SLD, która po wyborach w 2001 r. decydowała o nominacjach w resortach sprawiedliwości i spraw wewnętrznych, w Komendzie Głównej Policji i Centralnym Biurze Śledczym, a więc w instytucjach kluczowych z punktu widzenia „polskiej mafii”. Organa te – czego nie trzeba udowadniać - miały również ogromne znaczenie w fałszowaniu śledztwa i zacieraniu śladów w sprawie zabójstwa Olewnika i opisanej powyżej sprawie Marka Karpa.

Czyżewski opowiadając o mafii paliwowej na Dolnym Śląsku, podkreślał, że szefem struktur mafijnych tym regionie był Jeremiasz Barański, znany jako "Baranina", a w jego willi we Wrocławiu spotykali się mafijni "baronowie". Ale nie tylko oni. Wśród gości "Baraniny" mieli być także politycy, m.in. Jerzy Szmajdziński, Władysław Frasyniuk oraz obecni posłowie Platformy Obywatelskiej - Grzegorz Schetyna i Aleksander Grad.

Choćby z tego względu, twierdzę, że z pracami komisji śledczej w sprawie Olewnika nie należy wiązać nadmiernych oczekiwań. Ktokolwiek też sądziłby, że rzecz dotyczy wyłącznie lewicowego SLD, a lata 2001 – 2004 były czasem rządów jednej, „czerwonej mafii” – byłby w poważnym błędzie.

Istnieją bardzo mocne przesłanki, że hierarchia i relacje panujące w niższych kręgach przestępczości zorganizowanej, są wiernym odwzorowaniem stosunków istniejących w świecie polityki i biznesu – odpowiadającym wyższym kręgom „polskiej mafii”. Chcąc zatem dotrzeć do kolejnego „kręgu piekła” trzeba odtworzyć te relacje i ukazać je w powiązaniu z rozlicznymi interesami „prawicowych” i „lewicowych” polityków. Rozpoczynając od użytecznych, choć groźnych „dyzmów”, nieprzypadkowo umiejscowionych w Orlenie, który „łączył polityków i mafiosów”, znajdziemy się w kręgu większych graczy. Tu zaś pojawia się niewielka spółka, w której władzach – jak w soczewce – można dostrzec wszystkie elementy odpowiedzialne za działalność „polskiej mafii” i prowadzące do jej prawdziwych „ojców chrzestnych”.

Niech wprowadzi nas w ten krąg poseł PO Paweł Graś, swoim poselskim pytaniem, skierowanym do ministra skarbu, podczas sejmowego posiedzenia w dniu 1 lipca 2004 roku:

„Panie ministrze, w związku z doniesieniami przewijającymi się w ostatnich tygodniach przez prasę, głównie dziennik ½Życie½ i tygodnik ½Wprost½, chciałbym prosić o skomentowanie opisywanych tam faktów dotyczących ogromnego, bo miliardowego przetargu na budowę trzeciej nitki rurociągu naftowego ½Przyjaźń½. Czy według pana wiedzy mogło dojść, jak sugeruje prasa, do takiego wyreżyserowania przetargu, że jego głównym beneficjentem była tajemnicza spółka Megagaz, której zysk, jak donosi ½Życie½, w 2003 r. wyniósł całe 834 zł? Co ciekawe, przez władze tej spółki w różnych okresach jej funkcjonowania przewijało się wielu prominentnych przedstawicieli SLD-owskiego establishmentu, jak Wiesław Huszcza, skarbnik SdRP, pan Andrzej Celiński, pan Roman Kurnik, kadrowiec Służby Bezpieczeństwa, Jerzy Napiórkowski, były wiceminister finansów, Jan Piłat, syn ministra Andrzeja Piłata, a także cała plejada emerytowanych generałów wojska, policji i służb specjalnych. Czy ma pan wiedzę na temat okoliczności nominacji Stanisława Jakubowskiego na szefa Przedsiębiorstwa Eksploatacji Rurociągów Naftowych, zleceniodawcy kontraktu? Czy mogło być tak, że była ona, jak opisuje prasa, efektem politycznych nacisków i czy miała bezpośredni związek z powierzeniem kontraktu właśnie spółce Megagaz? Czy wobec informacji, że pan prezes Jakubowski za łapówkę w wysokości 30 tys. zł, co zostało udokumentowane nagraniem, próbował nakłonić dziennikarza do zmiany treści artykułu, zamierza pan wyciągnąć wobec prezesa jakieś wnioski personalne? I wreszcie czy według pana skarb państwa sprawował należyty nadzór nad procedurami przetargowymi, a przede wszystkim nad spółką PERN, z której, według doniesień prasowych, poprzez sieć spółek krzaków mogło dojść do wycieku milionów złotych? Dziękuję”.

7 KRĘGÓW PIEKŁA WŁODZIMIERZA OLEWNIKA - z cyklu MAFIA I WŁADZA cz.1

7 KRĘGÓW PIEKŁA WŁODZIMIERZA OLEWNIKA - z cyklu MAFIA I WŁADZA cz.3

Tematy w dziale dla inteligentnych:
ARTYKUŁY - do przemyślenia z cyklu: POLITYKA - PIENIĄDZ - WŁADZA

Polecam sprawy poruszane w działach:
SĄDY PROKURATURA ADWOKATURA
POLITYKA PRAWO INTERWENCJE - sprawy czytelników

"AFERY PRAWA"
Niezależne Czasopismo Internetowe www.aferyprawa.com
redagowane przez dziennikarzy AP i sympatyków z całego świata których celem jest PRAWO, PRAWDA SPRAWIEDLIWOŚĆ DOSTĘP DO INFORMACJI
ORAZ DOBRO CZŁOWIEKA

uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres: afery@poczta.fm - Polska
redakcja@aferyprawa.com
Dziękujemy za przysłane teksty opinie i informacje.

WSZYSTKICH INFORMUJĘ ŻE WOLNOŚĆ WYPOWIEDZI I SWOBODA WYRAŻANIA SWOICH POGLĄDÓW JEST ZAGWARANTOWANA ART 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ.

zdzichu

Komentarze internautów:

Komentowanie nie jest już możliwe.