OSKARŻENI O POMÓWIENIA [strona w opracowaniu]
WOLNOŚĆ PUBLIKACJI - CO TO TAKIEGO?

Opublikujmy archiwa bezpieki dotyczące dziennikarzy! - Tak zapowiada redakcja tygodnika WPROST.
www.teczki pl Tygodnik "Wprost", Nr 1155 (23 stycznia 2005)

Od kilku tygodni toczy się gra wokół teczek Służby Bezpieczeństwa. Instytut Pamięci Narodowej, który przejął archiwa tajnych służb PRL, stara się - w miarę swych możliwości - cywilizować ten proces i przeciwdziałać "dzikiej lustracji". Niestety, po raz kolejny okazuje się, że reglamentowanie dostępu do teczek bezpieki prowadzi do patologii. Dlatego proponujemy - ujawnijmy zawartość teczek tajnych służb PRL w Internecie, tak jak to zrobili Czesi. Reglamentowanie informacji zawartych w tych materiałach służy na razie głównie tym, którzy je tworzyli i mogą ich używać do szantażu. Publikowanie zawartości archiwów bezpieki proponujemy rozpocząć od dziennikarzy, ponieważ wolne media są filarem demokracji, a opinia publiczna powinna być pewna, że ci, którzy w jej imieniu kontrolują innych, są wolni i niezależni. Wolna Polska zasługuje na wolne media i wiarygodnych dziennikarzy. Dlatego zwracamy się do prof. Leona Kieresa, prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, by tak szybko jak to tylko możliwe opublikować w Internecie zawartość archiwów tajnych służb PRL dotyczących dziennikarzy. 
Zapraszamy koleżanki i kolegów dziennikarzy z innych mediów do podpisywania się pod tym apelem. 
Apel wraz z podpisami przekażemy prezesowi IPN Leonowi Kieresowi.

Ujawnienie teczek będzie jak wybuch bomby - ostrzegają ci, którzy chcą zakopania akt bezpieki na zawsze. To prawda, ale lepiej zafundować sobie kontrolowaną eksplozję niż bezczynnie czekać na kolejne wybuchy, czyli wycieki tajnych informacji, które stają się zresztą coraz mniej tajne. Lepiej pokierować falą, niż dać się jej zalać. Teczki bezpieki są łańcuchem przykuwającym III Rzeczpospolitą do trupa, a właściwie zombi PRL. Wraz z ujawnieniem zawartości teczek tajnych służb skończy się PRL, czyli zatruwanie duszy obywateli III Rzeczypospolitej. Teczki są takim bezpieczniackim, heroinowym kompotem, który wciąż otumania Polaków.

Fałszywi prorocy 
Elita, która chętnie tropi bolesne epizody w historii Polski, nie może blokować ujawnienia zawartości teczek tylko dlatego, że uderzają także, a może przede wszystkim w nią. Jeśli osoby okrzyknięte autorytetami zawdzięczają swoją pozycję kłamstwu, donosom na kolegów albo członków rodziny czy wysługiwaniu się bezpiece, to lepiej, by takich autorytetów nie było. Dlatego w pierwszej kolejności trzeba ujawnić bezpieczniackie archiwalia dotyczące dziennikarzy, naukowców, pisarzy, reżyserów czy aktorów, którzy mają wielki wpływ na opinię publiczną, na jej obraz świata, na wyznawane przez nią wartości. Choćby po to, żeby się pozbyć fałszywych proroków, żeby innych nie sądzili ludzie, którzy sami powinni zostać osądzeni. Z informacji zawartych w teczkach wynika na przykład, że wiele karier zbudowano na krzywdzie innych, że agenci prosili bezpiekę o niszczenie ich konkurentów. Że ojciec potrafił krzywdzić syna i odwrotnie, i obaj byli konfidentami, choć oczywiście o tym nie wiedzieli. Że ostatecznie nie chodziło tylko o awans czy pognębienie rywala, ale także o zaszczuwanie ludzi prowadzące do prób samobójczych - niekoniecznie nieudanych jak w wypadku znanej aktorki Haliny Mikołajskiej. 
- Powszechna lustracja jest niezbędna. Oczyści atmosferę, uniemożliwi szantaże, wyjaśni wiele spraw. Trzeba do tego zaangażować Instytut Pamięci Narodowej i przeciąć wreszcie wszystkie spekulacje, kto donosił, a kto nie - przekonuje prof. Andrzej Ajnenkiel, historyk, który w 1990 r. znalazł się - obok redaktora naczelnego "Gazety Wyborczej" Adama Michnika, historyka prof. Jerzego Holzera i Bogdana Krolla z archiwów państwowych - w pierwszej komisji badającej akta SB. 

Gdzie jest polski Raskolnikow? 
Teczkowa bomba będzie miała ograniczony zasięg. Większa część społeczeństwa raczej niespecjalnie się przejmie faktem, że agentem SB był znany profesor X, publicystka Y czy popularny aktor Z. Otwarcie archiwów będzie miało znaczenie dla zawodów zaufania publicznego, czyli ludzi kształtujących opinię publiczną. Wybuch tej bomby wstrząśnie mediami, Kościołem bądź światem nauki czy kultury, ale to będą wstrząsy lokalne. To zresztą w interesie środowisk aspirujących do bycia elitą jest uporanie się z upiorami przeszłości. - W momencie ujawnienia teczki tracą swoją magiczną i złowrogą moc. Ich otwarcie spowoduje, że ujdzie z nich "całe powietrze", nie nastąpi natomiast trzęsienie ziemi, a sytuacja społeczna w Polsce się nie zmieni - te słowa wypowiedział w październiku 1997 r. na łamach "Wprost" Krzysztof Kozłowski, wtedy senator Unii Wolności, wcześniej minister spraw wewnętrznych w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. I miał rację. Zastanawia więc, dlaczego dzisiaj Kozłowski jest przeciwnikiem ujawnienia wszystkich materiałów bezpieki. Gdyby rząd, w którym był ministrem, rozwiązał ten problem, nie byłoby dzisiaj aberracyjnych pomysłów Romana Giertycha i jego kolegów z komisji śledczej, domagających się teczek ludzi, których po prostu nie lubią. 
Wielka szkoda, że przez lata nie znalazł się choć jeden odważny, który zdobyłby się na gest Raskolnikowa i publicznie opowiedział o swoim dobrowolnym bądź wymuszonym romansie z SB. Gdyby pojawił się choć jeden taki, jego śladem poszliby inni. Taki model autolustracji prowadziłby do autentycznego narodowego pojednania. 

Strażnicy teczek 
Dostęp do teczek tajnych służb PRL ma kasta wtajemniczonych. Jeszcze zanim Instytut Pamięci Narodowej pozwolił poszkodowanym wejrzeć w dotyczące ich akta i poznać, kto na nich donosił, teczki były jawne. Tyle że były jawne dla wybranych: dla byłych esbeków, komunistycznych funkcjonariuszy, a także (w ograniczonym stopniu) dla garstki "solidarnościowców", którzy rządzili w latach 90. I wtajemniczeni wcale nie mieli zamiaru zachowywać tej wiedzy dla siebie, wręcz przeciwnie, ochoczo się nią dzielili, rozpuszczając plotki, oczerniając i kompromitując niewinnych, szantażując bądź osłaniając prawdziwych konfidentów. 
Ujawnienie teczek zmiecie ze sceny politycznej - a właściwie z jej ukrytych w mroku kulisów - tych wszystkich wpływowych magów, którzy dzięki swej wiedzy wyniesionej z archiwów potrafili z ukrycia wpływać na wydarzenia życia publicznego. Byli oni i są kimś w rodzaju kapłanów z "Faraona" Bolesława Prusa, mających dzięki swej wiedzy przewagę nad innymi. Bez wątpienia ich wiedza tajemna jest wykorzystywana w politycznych rozgrywkach i będzie tak, póki pozostanie tajemna. Z teczkowej broni korzystają wszyscy ci, którzy polizali choć odrobinę kurzu z esbeckich akt. Na przykład po lustracji Antoniego Macierewicza w 1992 r. jego stronnicy krążyli po Sejmie i opowiadali, któż to nie znalazł się na słynnej liście, choć powinien się na niej znaleźć. Z grubsza agentami byli wszyscy ci, którzy przyczynili się do upadku rządu Olszewskiego, oraz ci, którzy jeszcze w czasach podziemnej opozycji zajmowali w niej podejrzanie wysoką pozycję, blokując karierę zacniejszym, większym patriotom. 
Dostęp do archiwów SB był niemożliwy, więc opowieści wtajemniczonych były dla dziennikarzy bardzo cenne. Oczywiście, nie trzeba było mieć przenikliwości porucznika Columbo, by zgadnąć, że matką tych opowieści była frustracja, a zbiorowym ojcem - kompleksy. Ale w szpikowanym kolejnymi nazwiskami agentów dziennikarzu coś się jednak odkładało. Opowieści te częściowo można było zweryfikować dopiero kilka lat później, gdy weszła w życie ustawa lustracyjna. 
Robert Mazurek Igor Zalewski 
Pełny tekst w najnowszym 1155 numerze tygodnika "Wprost", w sprzedaży od poniedziałku 17 stycznia

AKTUALNOŚCI
Artykuły z prasy: Redaktorzy ścigani przez prokuratorów (Rzeczpospolita)

Przepis prawa prasowego o ściganiu przez prokuratorów redaktorów naczelnych za nieopublikowanie sprostowania dotyczącego m.in. różnych urzędów i instytucji został zaskarżony do Trybunału Konstytucyjnego przez rzecznika praw obywatelskich.
Wniosek o stwierdzenie niekonstytucyjności art. 46 ust. 2 prawa prasowego nabrał szczególnej aktualności w związku z głośną sprawą polickiego dziennikarza Andrzeja Marka, skazanego na karę więzienia za zniesławienie miejscowego urzędnika. Prawo prasowe przewiduje bowiem sankcje karne m.in. za uchylanie się od wydrukowania sprostowania lub odpowiedzi.
Obligatoryjna aktywność organów ścigania
- Ale problem aktywności prokuratury w ściganiu czynów polegających na uchylaniu się przez redakcje od publikowania sprostowań lub odpowiedzi nawarstwia się od dawna - mówi Marek Łukaszuk, dyrektor zespołu w Biurze RPO. - Należy przypomnieć skierowanie przez prokuraturę do sądu wycofanego następnie (wskutek zawartej ugody) aktu oskarżenia przeciwko redaktorowi naczelnemu "Rzeczpospolitej". Jak również sprawę redaktora naczelnego "Panoramy Mazurskiej", gdzie dopiero orzeczenie Sądu Najwyższego, wydane wskutek kasacji rzecznika praw obywatelskich, spowodowało uchylenie wyroku skazującego dziennikarza. Redaktor naczelną dziennika "Nowe Życie Pabianic" prokuratura oskarżyła aż o siedem przestępstw z prawa prasowego, polegających na odmowie publikacji pism lokalnej władzy.
Zgodnie z prawem prasowym, redaktor naczelny jest bowiem zobowiązany do opublikowania sprostowania, ale tylko wiadomości nieprawdziwej lub nieścisłej, oraz rzeczowej odpowiedzi na stwierdzenia zagrażające dobrom osobistym. Może tego odmówić, gdy nie odpowiadają one tym wymogom. Wtedy osoba zainteresowana może domagać się ich opublikowania w procesie przed sądem cywilnym oraz dochodzić ochrony dóbr osobistych na podstawie kodeksu cywilnego. Prawo prasowe nie wyklucza również środków karnych, ale wprowadza tu znaczące rozróżnienie. Osoba fizyczna może wnieść do sądu własny, prywatny akt oskarżenia. Osoba prawna lub inna jednostka organizacyjna może liczyć na interwencję prokuratora, który ma obligatoryjny wówczas obowiązek ścigania takich czynów z oskarżenia publicznego.
Przepisy z poprzedniej epoki
Pochodzące z 1984 r. prawo prasowe, mimo że wielokrotnie nowelizowane, tkwi bowiem nadal w poprzedniej epoce. Prof. Andrzej Zoll już kilkakrotnie zwracał się do ministra sprawiedliwości oraz do komisji Sejmu i Senatu o zainicjowanie nowelizacji przepisów tej ustawy. Komisja senacka doszła wówczas do wniosku, że należałoby zmienić właściwie całe prawo prasowe. W związku z wejściem Polski do Unii Europejskiej nabiera to szczególnej aktualności.
Prof. Andrzej Zoll nie kwestionuje, że wolność wyrażania poglądów oraz rozpowszechniania informacji może podlegać ograniczeniom. Przewidziane w prawie prasowym zasady odpowiedzialności za publikację sprostowania lub odpowiedzi zostały wprowadzone dla ochrony praw do ochrony czci i dobrego imienia innych osób. Czy jednak konieczne było zapewnienie bardziej intensywnej ochrony urzędom i innym instytucjom niż osobom fizycznym oraz zastosowanie w takich wypadkach instytucji ścigania dziennikarzy przez prokuratora - powątpiewa rzecznik. Z orzeczeń Europejskiego Trybunału Praw Człowieka wynika, że granice swobody wypowiedzi są znacznie szersze, gdy dotyczy ona sfery życia publicznego. Oceniając z tego punktu widzenia rozwiązania zawarte w art. 46 prawa prasowego, nie sposób nie zauważyć, że w istocie zmierza ono w przeciwnym kierunku. Zaskarżony przepis różnicuje też uprawnienia pokrzywdzonych, uzależniając je od tego, czy jest to osoba fizyczna, czy prawna. Zdaniem prof. Zolla, wystarczającą gwarancję zabezpieczającą w tego typu sprawach interes społeczny czy też interes publiczny stanowią przepisy kodeksy karnego. Zaangażowanie organów ścigania w sprawy z prawa prasowego powinno być wyjątkiem. Istnieje dość innych środków, aby usunąć obowiązek prowadzenia takich postępowań z oskarżenia publicznego. Należałoby tak zmienić przepisy, ażeby osoby, które czują się pokrzywdzone jakąś publikacją, dochodziły swoich praw przede wszystkim na drodze postępowania cywilnego.
Danuta Frey

Ostatnio głośna jest sprawa dziennikarza "Wieści Polickich" Andrzeja Marka. 

Dziennikarz "Wieści Polickich" Andrzej Marek nie trafi w najbliższym czasie do aresztu - zdecydował sąd w Szczecinie, odraczając na 6 miesięcy wykonanie kary. Sąd przychylił się do prośby obrony, biorąc pod uwagę, że żona dziennikarza jest w ciąży, a on sam ma dobrą opinię. Andrzej Marek stawił się we wtorek rano - zgodnie z wezwaniem sądu - przed gmachem szczecińskiego aresztu śledczego. Miał ze sobą ubrania na zmianę oraz kilka książek. Decyzję sądu przyjął z "chwilową ulgą". "Oczekuję, że teraz będą działania organów sprawiedliwości, mogących uczynić więcej niż tylko odroczenie kary" - powiedział. Dziennikarze różnych mediów, protestujący od poniedziałku przed Sejmem "przeciw łamaniu wolności słowa", po decyzji sądu zawiesili swoją akcję. Organizatorzy protestu, polegającego na spędzaniu przez dziennikarzy po pół godziny w klatce dla zwierząt, nie wykluczyli, że stanie ona ponownie za pół roku, jeśli sąd nie odstąpi od wykonania kary. Od 22.03.04r  w proteście wzięło udział ponad 20 żurnalistów. "To nie jest żadne zwycięstwo. Zwycięstwem byłoby, gdyby ta kara była skasowana" - skomentował Waldemar Milewicz z TVP. Monika Olejnik z radia Zet powiedziała, iż jej zdaniem decyzja sądu była błędna, bo "nie można karać dziennikarza za słowo". "Politycy chcieliby nas widzieć w takim miejscu przez cały czas. Każda władza ma takie pokusy" - mówiła Anna Marszałek z "Rzeczpospolitej". Wokół klatki, oprócz fotoreporterów, gromadzili się głównie emeryci, którzy próbowali zainteresować protestujących dziennikarzy m.in. znanymi im przypadkami łamania prawa. Przy klatce zatrzymywały się również wycieczki młodzieży odwiedzające Sejm. Solidarność z Markiem demonstrowali także dziennikarze w Białymstoku, którzy pod hasłem "Nie damy się zakneblować" protestowali w milczeniu na schodach Sądu Okręgowego w Białymstoku. 
       W lutym 2001 r. Andrzej Marek zamieścił w lokalnym tygodniku "Wieści Polickie" (o nakładzie 1 tys. egzemplarzy) artykuł "Promocja kombinatorstwa", w którym oskarżył lokalnego urzędnika Piotra Misiłę o nadużycie stanowiska. W listopadzie 2002 roku Sąd Rejonowy w Szczecinie skazał autora artykułu na trzy miesiące więzienia w zawieszeniu, pod warunkiem publicznych przeprosin pod adresem urzędnika. Rok później sąd okręgowy utrzymał wyrok sądu pierwszej instancji. Marek odmówił przeprosin, argumentując, że wszystko, co napisał, jest prawdą. W lutym sąd zdecydował, że kara zostanie wykonana. 2 kwietnia Sąd Najwyższy rozpatrzy wniosek o wstrzymanie wykonania kary orzeczonej wobec Andrzeja Marka, sporządzony, razem ze skargą kasacyjną, przez Rzecznika Praw Obywatelskich. Mogę się pocieszyć, że nie tylko ja jestem oskarżony o ośmieszanie "organów sprawiedliwości". 

        Tak, prokuratorzy kombinowali na oskarżeniem Jerzego Urbana z okazji pomówienia w "NIE" Papieża, gazety "Wprost" , Rzeczypospolitej itp. Prokuratura Rejonowa dla Warszawy-Śródmieścia skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko Aleksandrowi Małachowskiemu, byłemu wicemarszałkowi Sejmu, obecnie posłowi Unii Pracy. Szef prokuratury Andrzej Janecki poinformował, że Aleksandrowi Małachowskiemu zarzucono, iż pomówił sędziów Sądu Lustracyjnego, narażając ich na utratę zaufania, koniecznego do sprawowania funkcji sędziego. Sędziów uraziło to, że w dwóch felietonach, które ukazały się w tygodniu "Przegląd" na przełomie lat 2000/2001 Aleksander Małachowski napisał, iż "sąd lustracyjny dopuszcza się jednoznacznie politycznych, zaplanowanych zbrodni sądowych". Felietony Małachowskiego były krytyką wyroku, w którym sąd lustracyjny uznał, że legendarny działacz "Solidarności" Marian Jurczyk skłamał w oświadczeniu lustracyjnym, iż nie był współpracownikiem organów bezpieczeństwa PRL. Doniesienie o przestępstwie przeciwko Małachowskiemu złożyła Hanna Szachułowicz - szefowa warszawskiego sądu apelacyjnego, którego wydziałem jest sąd lustracyjny. Prokurator Andrzej Janecki poinformował, że za czyny, o które jest oskarżony Aleksander Małachowski - grozi kara od grzywny do dwóch lat więzienia. (IAR)

Wrocławski dziennikarz stanął przed sądem za pomówienie sędziów
Proces dziennikarza dolnośląskiego dodatku „Gazety Wyborczej” rozpoczął się w piątek, 11 kwietnia, w sądzie w Brzegu. Dziennikarz został oskarżony o pomówienie sędziów i prokuratora z Wrocławia. Proces przeciwko dziennikarzowi Marianowi Maciejewskiemu został utajniony. Za pomówienia dziennikarzowi grozi do dwóch lat więzienia. Doniesienie na Maciejewskiego złożył w prokuraturze prezes Sądu Okręgowego we Wrocławiu. Sprawa dotyczy artykułów, w których dziennikarz pisał o nieprawidłowościach w Sądzie Rejonowym Wrocław-Krzyki. Maciejewski opisał m.in. przypadek kradzieży kolekcji trofeów myśliwskich z budynku wrocławskiego sądu. Podtytuł artykułu brzmiał: „Złodzieje w wymiarze sprawiedliwości”. Sędziowie oburzyli się też na dwa sformułowania zawarte w komentarzu do artykułu: „ideał sądu sięgnął bruku” i „mafijny układ sędziowsko- prokuratorski”. Drugi z zarzutów dotyczy pomówienia prokuratora z Wrocławia. Dziennikarz opisał nieprawidłowe, jego zdaniem, decyzje prokuratora dotyczące kradzieży w sądzie. Maciejewski ujawnił, że z biura kancelarii komornika podległego krzyckiemu sądowi skradziono bardzo cenną kolekcję poroży, należącą do dwóch wrocławskich myśliwych. Były tam m.in. okazy pochodzące z XVIII wieku, należące kiedyś do książąt Radziwiłłów. Dziennikarz napisał też, że w związku z kradzieżą dokonano fałszerstwa dokumentu. 

Kolejny dziennikarz ukarany za krytykę władzy

Dziennikarz z Jeleniej Góry ma przeprosić prezydenta miasta za pomówienie go w satyrycznym felietonie - orzekł wczoraj sąd. Tęsknota za dawnymi czasami jest tak wielka wśród rządzących Jelenią Górą, że uroczyste otwarcie podmiejskiej ścieżki rowerowej zaplanowali na 22 lipca. (...) W PRL-u aktywiści PZPR mieli się z czego cieszyć, bo była to rocznica ustanowienia ich władzy. Teraz przyszły złe czasy i manifest komunistyczny czci się w Jeleniej Górze tylko na ścieżce rowerowej" - tak dziennikarz Wojciech Jankowski obśmiał poczynania lewicowych władz Jeleniej Góry, które najpierw - 22 lipca - zrobiły uroczyste otwarcie z bankietem nie wykończonej jeszcze ścieżki, a dopiero dwa tygodnie później - 6 sierpnia - dokonały jej odbioru.
Satyryczny felieton ukazał się 25 lipca zeszłego roku w "Słowie Jeleniogórskim", lokalnym dodatku do "Słowa Polskiego". Prezydent Jeleniej Góry Józef Kusiak z SLD poczuł się pomówiony i skierował do sądu rejonowego prywatny akt oskarżenia. Przed sądem oferował ugodę, jeśli dziennikarz go przeprosi. Jankowski odmówił.
Biegła powołana przez sąd, prof. Irena Kamińska-Szmaj z Uniwersytetu Wrocławskiego, stwierdziła, że w ostatnim akapicie felietonu dziennikarz sugeruje szantaż. Chodzi o fragment: "Uroczystości zakończył bankiet na świeżym powietrzu przymusowo zafundowany przez wykonawcę wedle zasady: nie będzie bankietu, nie będzie następnych zleceń. Za bankiet zapłacili podatnicy, bo wykonawca musiał jakoś jego koszty doliczyć do rachunku za prace budowlane".
Sąd uznał, że ta wypowiedź sugeruje, iż prezydent daje zlecenia tym, którzy urządzają mu bankiety. Stwierdził, że dziennikarz jest winny pomówienia prezydenta o postępowanie, które może go poniżyć w oczach mieszkańców.
Sprawa została warunkowo umorzona, bo dziennikarz nie był dotychczas karany. Dlatego sąd dał mu "roczny okres próbny", co oznacza, że Wojciech Jankowski musi stępić swoje pióro: nie znajdzie się w rejestrze skazanych, pod warunkiem że przez rok nie zostanie skazany za inne pomówienie jakiegoś urzędnika. Musi też przeprosić jeleniogórskie władze i pokryć koszty procesu - 720 zł.
- Nas taki wyrok satysfakcjonuje - skomentował zastępca prezydenta Józef Sarzyński.
- Będę składał apelację - zapowiedział Jankowski.
- Akceptowanie takich bankietów przez urząd miasta powoduje, że sam wykonawca czuje się w obowiązku je organizować, aby nie być gorszy od innych. Bo być może nie dostanie zlecenia - uważa obrońca dziennikarza, mec. Wojciech Biegański.
Prokuratura Okręgowa w Jeleniej Górze prowadzi śledztwo w sprawie nadużyć przy budowie opisanej w felietonie ścieżki. Wkrótce mają być postawione zarzuty. Dla dobra śledztwa nie chciano nam ujawnić komu i za co.
Marian Maciejewski, Wrocław Źródło: Gazeta.pl, 26.02.2004

 Polowanie na dziennikarzy ?
Prokuratury okręgu warszawskiego prowadzą aż 31 postępowań w sprawie przecieków do prasy lub przeciwko dziennikarzom - za ujawnianie informacji objętych tajemnicą. Złem nie są afery ujawniane przez dziennikarzy, lecz to, że wyszły na jaw. Prokuratura wciąż nie chce przyjąć do wiadomości, że dziennikarze nie są zobowiązani do chronienia informacji, lecz do ich ujawniania. - Chęć represjonowania dziennikarzy za opublikowanie zdobytych informacji to nieporozumienie. Przecież media są właśnie od tego, by tropić i ogłaszać największe tajemnice władzy - mówi Tomasz Nałęcz, wicemarszałek Sejmu i szef sejmowej komisji śledczej. Najnowszym prawnym wytrychem umożliwiającym ściganie dziennikarzy jest zarzut podżegania. Skoro ktoś ujawnia poufne informacje, to znaczy, że ktoś inny - dziennikarz - musi do tego podżegać. Zarzut podżegania postawiono już Patrycji Koteckiej, dziennikarce "Życia Warszawy". Miała ona nakłaniać pracownika operatora telefonii komórkowej do ujawnienia billingów związanych ze sprawą Rywina. 
Grzegorz Kurczuk wydał polecenie wszczęcia śledztwa w sprawie ujawnienia przez "Rzeczpospolitą" i "Gazetę Wyborczą" uzasadnienia wniosku o uchylenie immunitetu poselskiego Zbigniewowi Sobotce, byłemu wiceministrowi spraw wewnętrznych i administracji. Według naszych informacji, również w tej sprawie ma być zastosowany paragraf o podżeganiu. Na celowniku prokuratury są też dziennikarze tygodnika "Wprost", którzy ujawnili zeznania świadka koronnego Jarosława Sokołowskiego (Masy). "Rzeczpospolita" jest ścigana również za ujawnienie billingów Roberta Kwiatkowskiego i treści tajnych zeznań byłej prokurator Wandy Marciniak, która badała aferę Lwa Rywina. "Gazeta Wyborcza" popełniła zbrodnię, ujawniając notatkę służbową w sprawie umorzenia postępowania przeciwko likwidatorowi majątku SdRP. Telewizja TVN zdenerwowała prokuraturę, ujawniając fragmenty zeznań Adama Michnika w sprawie Rywina. 
12 listopada Centrum Monitoringu Wolności Prasy organizuje spotkanie pod hasłem: "Czy zaczął się sezon na dziennikarzy?". Wezmą w nim udział dziennikarze śledczy, prokuratorzy, przedstawiciele Ministerstwa Sprawiedliwości, Krajowej Rady Sądownictwa oraz rzecznika praw obywatelskich. 
Piotr Kudzia

Zaniepokojenie mediów zagranicznych - będą kontrolować wolność prasy w Polsce  

Światowe Stowarzyszenie Gazet (franc. AMJ, ang. WAN) poinformowało w czwartek, że powołało komisję kontroli wolności prasy w Polsce. W komunikacie AMJ informuje, że do udziału w komisji zaprosiło na razie dwóch ekspertów prawa międzynarodowego i prasowego. Komisja ma zająć się "monitorowaniem spraw cywilnych i karnych wytoczonych wydawnictwu Presspublica i jego zarządowi, wydawcy dziennika ”Rzeczpospolita”. Według AMJ, "w Polsce wytoczono Presspublice kilkanaście procesów. Egbert Dommering (jeden z dwóch powołanych do udziału w komisji ekspertów prawa międzynarodowego) nazywa to próbą przejęcia kontroli nad zawartością dziennika przez rządzącą większość polityczną".
W raporcie Polska znalazła się (obok Azerbejdżanu, Białorusi, Chorwacji, Rosji i Ukrainy) w grupie krajów, którym zarzucono "nękanie prawne" mediów. (pap)

 Wolność prasy - gdzie najgorzej?

Korea Północna i Kuba należą do krajów najbardziej ograniczających wolność prasy - wynika z raportu opublikowanego w poniedziałek w Berlinie przez międzynarodową organizację "Reporterzy bez granic". Polska znalazła się na 33. miejscu listy. 
Podstawą rankingu, uwzględniającego sytuację w 164 krajach świata, są opinie prawników, działaczy praw człowieka i samych dziennikarzy. 
Zajmująca drugie miejsce wśród krajów naruszających wolność prasy Kuba jest "największym więzieniem dla dziennikarzy" - stwierdzają autorzy raportu. W kubańskich więzieniach przebywa obecnie 26 dziennikarzy. Za kraje gwarantujące w najwyższym stopniu wolność prasy uznano Finlandię, Islandię, Holandię i Norwegię.
Polska znalazła się na 33. miejscu listy. Wyprzedza nas nie tylko większość krajów Unii Europejskiej, ale też kraje bałtyckie - Litwa, Łotwa i Estonia, a także Czechy i Węgry. Ze względu na kontrowersyjną rolę odgrywaną przez Silvio Berlusconiego, szefa rządu i właściciela wielu mediów, Włochy znalazły się dopiero na 53. miejscu.
Autorzy raportu wystawili podwójną ocenę Stanom Zjednoczonymi Izraelowi. Biorąc pod uwagę sytuację w obu krajach, przyznano im względnie wysokie miejsca 31. i 45. Jednak ze względu na ograniczenia wolności prasy podczas interwencji wojskowych poza granicami kraju przyznano im równocześnie bardzo dalekie miejsca 135. (USA) i 146.

Mecenas Jerzy Naumann, specjalista od spraw związanych z funkcjonowaniem mediów, wskazał wówczas, że "Prokuratura nie powinna się włączać w sprawy z oskarżenia prywatnego. Prokurator przed podjęciem takiej decyzji powinien się zastanowić piętnaście razy. Musi mieć świadomość, że ta sprawa wiąże się z szerokim interesem społecznym. Jeżeli decyduje się w nią włączyć, to musi wytłumaczyć, z jakiego powodu to robi. Jeżeli nie ma czytelnego interesu, dla którego prokurator angażuje się w sprawę między gazetą a bohaterami jej tekstów, to jest to działanie przynoszące szkodę wymiarowi sprawiedliwości. Znam przykłady z życia, gdzie w takich właśnie sprawach uprawnienia prokuratorskie zostały w sposób ewidentny nadużyte wyłącznie w partykularnym interesie, dla ochrony osób z koneksjami". 

Oświadczenie CMWP
Napaść na fotoreportera "Newsweeka" nie może ujść bezkarnie
Warszawa, 1 czerwca 2003 r. 
Użycie przemocy wobec fotoreportera, by odebrać mu zdjęcia zrobione publicznym osobom w publicznym miejscu, jest - zgodnie z art. 43 prawa prasowego - przestępstwem zagrożonym karą pozbawienia wolności do lat 3. Sprawcy i inspiratorzy tego bezpośredniego ataku na wolność prasy powinni jak najszybciej stanąć przed prokuratorem. 
Zaledwie dwa tygodnie temu Mariusz Łapiński oskarżył media o pisanie "na zamówienie, za grube pieniądze", a "Rzeczpospolitą" określił mianem "gazety, która sięgnęła bruku". Przypisane mu przez "Trybunę" polecenie "zdejmijcie go", po którym nastąpił atak na fotoreportera, mówi więcej o stosunku barona SLD do wolności prasy, niż przeprosiny za tamte słowa, skierowane przez niego do "porządnych dziennikarzy". 
Jeżeli więc relacje prasowe z napadu na fotoreportera "Newsweeka" zostaną potwierdzone, to zapewnienia działaczy SLD, że nie podzielają poglądów Mariusza Łapińskiego na wolność prasy, tym razem już nie wystarczą. Dowodem respektowania wolności mediów będzie tylko natychmiastowe polityczne ukaranie inspiratorów tej napaści. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP 
Andrzej Krajewski - dyrektor

 
Granice wolności prasy - [ "Gazeta Samorządowa", 6 -19 grudnia 1999 r.] 
    Ograniczeniami wolności prasy są prawa i wolności innych osób. Granicą fest również kłamstwo, gdyż tam, gdzie się ono zaczyna, kończy się wolność prasy.
        W 10 lat po wprowadzeniu systemu demokratycznego nie istnieją w Polsce większe problemy w egzekwowaniu prawa do rozpowszechniania informacji. O wiele poważniejsze trudności powstają przy określaniu granic tej wolności. Sprawa ustalenia, w jakim obszarze może poruszać się prasa, budzi wiele kontrowersji. Dotyczy to zarówno mediów ogólnopolskich, jak i lokalnych, istniejących w gminach czy powiatach. Brak reguł powoduje, iż naruszane jest prawo do prywatności zagwarantowane w art. 47 Konstytucji oraz prawo do ochrony własnych danych osobowych. Problemami tymi zajmowali się uczestnicy konferencji pt. "Wolność prasy a prawo do prywatności i ochrony danych osobowych" zorganizowanej w Warszawie w dniach 26-27 listopada br., przez dr Ewę Kuleszę, generalnego inspektora ochrony danych osobowych.
Ustawowe ramy
        Ramy wolności prasy wyznacza art. 61 ust. 3 Konstytucji RP, mówiący, iż ograniczenie prawa do uzyskiwania informacji może nastąpić wyłącznie ze względu na określoną w ustawach ochronę wolności i praw innych osób i podmiotów gospodarczych oraz ochronę porządku publicznego, bezpieczeństwa lub ważnego interesu gospodarczego państwa. Ograniczenie takie nie może mieć rangi niższej niż ustawowa 
        Problem zderzenia wolności prasy z prawem do prywatności regulują w Polsce dwie ustawy: Prawo, prasowe oraz. ustawa o ochronie danych osobowych. Wejście w życie tej ostatniej nie zmieniło sytuacji osób, których personalia zostały w sposób niedopuszczalny wykorzystane w materiałach prasowych. Problemem jest natomiast brak korelacji między obydwoma aktami.
        Ustawa o ochronie danych osobowych, jak wynika z art. 2, zajmuje się wyłącznie zasadami postępowania przy przetwarzaniu danych osobowych w zbiorach. Nie reguluje sytuacji, gdy gromadzenie i publikowanie materiałów dotyczy jednostek lub większej liczby osób, ale nie tworzących zbioru. Typowe, sygnalizowane przez generalnego inspektora naruszenia prawa w tej sferze, często dotyczą lokalnej prasy. Nierzadko publikowane są szczegółowe informacje osobowe, zdjęcia prywatnych domów oraz bardzo dokładne wskazówki dojazdu do prywatnych posesji. Mimo ewidentnych naruszeń prywatności jednostek, jakie zasygnalizowane zostały generalnemu inspektorowi, nie podlegają one sankcjom ustawy. Poszkodowanemu pozostaje jedynie droga cywilna, która jako długotrwała, trudna i kosztowna często nie przynosi spodziewanych efektów. 
    Sytuacja zmienia się diametralnie, gdy dziennikarz bądź wydawca tworzy dokumentację spełniająca kryteria zawarte  w art. 7 pkt 1 ustawy: zbiorem jest posiadający strukturę zestaw danych o charakterze osobowym, dostępnych kryteriów, niezależnych od tego, czy zestaw ten jest rozproszony lub podzielony funkcjonalnie.
        Klasycznymi przykładami publikacji spełniających kryteria zawarte w tej definicji są: Lista 100 najbogatszych Polaków wydawnictwa "Wprost" oraz inne zestawienia choćby osób nagrodzonych w konkursach.
Obowiązki mediów
        Czasopisma, chcąc czy nie chcąc, tworzą zbiory danych. W takich przypadkach ustawę stosuje się w całości i z wszystkimi jej konsekwencjami. Osoba zbierająca personalia zobowiązana jest do dopełnienia obowiązków przewidzianych w ustawie o ochronie danych osobowych. Jeżeli informacje gromadzone są bezpośrednio od osoby, której dotyczą, ankieter musi, w myśl art. 24, poinformować ją o celu zbierania materiałów, dobrowolności ich podawania lub o wynikającym z ustawy obowiązku ich udzielenia, jeżeli takowy istnieje
        Jeżeli materiały zbierane są od osób trzecich, a przecież często działalność dziennikarza na tym polega, obowiązany jest on do bezpośredniego poinformowania zainteresowanych o celu i zakresie gromadzonych danych, o ich źródle oraz prawie do wglądu i skorygowania. Dziennikarz czy wydawca obowiązany jest również do powiadomienia o uprawnieniu wynikającym z art. 32 ust. l pkt 7 i 8. W myśl tych przepisów, każdej osobie przysługuje prawo do umotywowanego żądania zaprzestania przetwarzania danych. Jeśli wydawca z jakichś powodów uważa, że powinien kontynuować zbieranie materiałów, musi wystąpić do generalnego inspektora o wydanie na to zgody. Każda osoba ma prawo wystąpić z żądaniem zaprzestania zbierania o nim informacji do zbioru danych. Do generalnego inspektora należy wydanie ostatecznego rozstrzygnięcia dotyczącego dopuszczalności przetwarzania danych oraz decyzji o usunięciu personaliów ze zbioru.
        Podejmując decyzję, generalny inspektor ochrony danych osobowych kieruje się między innymi przesłanką zakresu prywatności jednostki składającej skargę. Jeżeli jest to postać publiczna, jej sfera prywatności jest węższa niż osoby prywatnej. Trybunał Konstytucyjny w orzeczeniu lustracyjnym stwierdził, że osoby publiczne niejako dobrowolnie zrzekają się części gwarancji, które przysługują osobom prywatnym. Podobnie rzecz się ma z osobami, które nie są postaciami publicznymi, ale z różnych względów stały się znane medialnie. Jest to ich dobrowolny wybór i muszą liczyć się z tym, że zakres prywatności, jaki posiadają, musi ulec pewnemu ograniczeniu.
        Wskazówką dla określenia granic będą z pewnością orzeczenia sądowe oraz orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego
Ochrona prywatności
        W tej chwili istnieje jedno orzeczenie Trybunału dotyczące zakresu prywatności. Ustawa o ochronie danych osobowych jest dobrym instrumentem do walki z firmami marketingu bezpośredniego, funduszami emerytalnymi, firmami ubezpieczeniowymi, które przetwarzają dane w zbiorach i bez zgody dotkniętych tym osób.
W przypadku gromadzenia informacji dotyczących jednostek, faktyczne gwarancje prywatności wyrażają się w art. 14 ust. 6 prawa prasowego mówiącym, że nie wolno bez zgody osoby zainteresowanej publikować informacji oraz danych dotyczących prywatnej sfery życia, chyba że wiąże się to ż bezpośrednią działalnością danej osoby.
Ochrona prywatności wyraża się również w ogólnym ograniczeniu prawa do wolności słowa ze względu na zdrowie, moralność publiczną, prawa innych osób itd. Ponadto zawsze granicą jest kłamstwo, które nie należy do wolności myśli i jako takie zaprzecza idei wolności.
Mariusz Jendra

Przypominam, że art. 5 prawa prasowego stwierdza: "każdy obywatel, zgodnie z zasadą wolności słowa i prawem krytyki, może udzielać informacji prasie". Zakazywanie celnikom rozmów z dziennikarzami jest bezprawne. 

Cela dla dziennikarzy 
Mimo zapewnień Ministerstwa Sprawiedliwości i deklaracji szefa resortu Grzegorza Kurczuka dziennikarze znaleźli się na celowniku prokuratury. Skala nagonki na tę grupę zawodową jeszcze nigdy nie była tak wielka - ocenia Andrzej Krajewski, szef Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Celem nagonki stało się m.in. troje dziennikarzy "Wprost": Ewa Ornacka, Violetta Krasnowska i Wojciech Sumliński. Centrum Monitoringu Wolności Prasy, zaniepokojone prokuratorsko-sądowym safari urządzonym na dziennikarzy, wystosowało oświadczenie: "Ujawnienie źródeł informacji to najcięższy, bo odbierający zaufanie mediom, grzech dziennikarzy. Dlatego decyzje sędziów, zwalniające ich z zachowania tajemnicy zawodowej, stanowią nowe, poważne zagrożenie dla wolności prasy w Polsce". Sąd Rejonowy dla Warszawy Śródmieścia zwolnił niedawno Ewę Ornacką i Wojciecha Sumlińskiego z tajemnicy dziennikarskiej, oczekując, że ujawnią oni, od kogo uzyskali obciążające polityków zeznania Jarosława Sokołowskiego, pseudonim Masa, najważniejszego świadka koronnego w Polsce. Sprawa jest bezprecedensowa, bo sąd zastrzegł, że zwolnienie dziennikarzy z tajemnicy zawodowej dotyczy "także danych umożliwiających identyfikację osób udzielających informacji". Innymi słowy, po uprawomocnieniu się postanowienia dziennikarze mają popełnić najcięższy grzech zawodowy. W ubieg-łym tygodniu podobne postanowienie wydał Sąd Rejonowy w Płocku w stosunku do naszej dziennikarki Violetty Kras-nowskiej, Macieja Dudy i Daniela Walczaka z "Super Expressu" oraz Oskara Adamskiego z "Trybuny". Postanowienia obu sądów nie mają nic wspólnego z informacjami o przygotowaniach do morderstwa czy ludobójstwa, do ataku na ustrój państwa, prezydenta czy siły zbrojne, a tylko w takich sprawach prawo prasowe dopuszcza zwolnienie z zachowania tajemnicy dziennikarskiej. Od sędziów zależy teraz, czy dziennikarze trafią za kraty, bo przecież żaden nie zdradzi źródeł informacji, gdyż popełniłby zawodowe samobójstwo. Czyżby wymiar sprawiedliwości i organa ścigania chciały ukarać dziennikarzy za to, że nie pozwalają im tuszować niewygodnych spraw, co często okazuje się trampoliną do kariery? 

Wywiady z prasy: Decydują redaktorzy, nie sędziowie (Rzeczpospolita)

Rozmowa z prof. Thomasem Dienesem, czołowym amerykańskim ekspertem prawa konstytucyjnego i medialnego
Rz: Warszawski sąd zabronił "Rzeczpospolitej" publikowania jakichkolwiek informacji o negatywnym bohaterze jednego z naszych artykułów. Czy taka sytuacja jest w ogóle możliwa w Stanach Zjednoczonych?
Prof. Dienes: Niemal na pewno działanie sądu byłoby uznane za niekonstytucyjne. Swoboda wypowiedzi, a więc i wolność mediów, są tu już od dawna rozumiane jako wolność od cenzury i innych administracyjnych ograniczeń.
Przejęliśmy tradycję brytyjską, bo to w Anglii, po bitwie przeciwko urzędowej cenzurze, ugruntowało się pojęcie wolności słowa. Obecnie w Stanach Zjednoczonych uważa się, że kneblowanie mediów tak zwanymi gag orders jest z założenia sprzeczne z konstytucją i że tylko najważniejsze interesy państwa mogłyby uzasadniać jakieś ograniczenia. Dlatego prawie nigdy zakazy publikacji nie są podtrzymywane przez sądy apelacyjne, nawet gdy wydawane są w celu ochrony prawa oskarżonego do uczciwego procesu.
Ale takie zakazy są wydawane.
Jeśli są, to wiążą się wyłącznie z ograniczeniem prawa do wypowiedzi udzielanych mediom przez uczestników procesu sądowego, takich jak oskarżyciele, oskarżeni, świadkowie, prokuratorzy czy obrońcy. Kres wydawaniu zakazów samym mediom położyło orzeczenie Sądu Najwyższego z 1976 roku w sprawie Nebraska Press Association przeciwko sędziemu Stuartowi. W tym orzeczeniu, po przeanalizowaniu konfliktu między prawem do swobody wypowiedzi a prawem do uczciwego procesu, Sąd Najwyższy uznał, iż kneblowanie mediów jest z gruntu niekonstytucyjne. Posłużył się między innymi argumentacją, że egzekwowanie prawa do uczciwego procesu przez ograniczanie wolności mediów jest niedopuszczalne, gdyż sędziowie dysponują innymi instrumentami pozwalającymi zagwarantować uczciwość procesu. Jak pamiętam, w orzeczeniu tym znalazło się nawet stwierdzenie, że "jeżeli prasa może być tak samo arogancka, sensacyjna czy szkodliwa jak rzetelna, wnikliwa i pożyteczna, to jednak decyzja, co, kiedy i jak wypada publikować, powinna należeć do redaktorów, a nie sędziów".
Mimo że zakazy są niekonstytucyjne, sędziowie w USA czasem po nie sięgają. Jak amerykańskie media się przed tym bronią?
Normalna droga to odwołanie się do wyższej instancji. Trzeba bowiem przestrzegać prawa, nawet jeśli zakaz jest sprzeczny z konstytucją. Jednak gdy procedura apelacyjna trwa długo, są media, które decydują się na tzw. równoległe testowanie, czyli wnoszą apelację, ale jednocześnie ignorują zakaz i nadal publikują to, czego im sąd zabronił. W ten sposób sprawdzają, czy dojdzie do egzekucji zakazu. Jest to oczywiście ryzykowna gra. Może się bowiem w jakimś wyjątkowym wypadku zdarzyć, że sąd odrzuci apelację. Tym niemniej media, które się na to decydują, wychodzą z założenia, że sprowokowanie egzekucji zakazu po prostu przyśpieszy proces pozwalający na udowodnienie, iż zakaz był niekonstytucyjny. Wynika to zresztą też z praktyki, bo najczęściej sądy uznawały prawo mediów do publikowania czegoś wbrew zakazowi. Uznawały, że opóźnienie w ujawnieniu informacji ważnej dla opinii publicznej naruszałoby konstytucyjne prawo swobody dostępu do informacji.
Wydając zakazy publikacji czy wypowiedzi, sądy zawsze powołują się na ochronę interesów, a media mówią w takich wypadkach o cenzurze. Czy w świetle prawa amerykańskiego można postawić znak równości między "gag orders" a cenzurą?
Ta kwestia stanęła u nas już na początku lat trzydziestych XX wieku. Trzeba pamiętać, że historycznie cenzura sprowadzała się do działań administracyjnych. Tak było właśnie w Anglii.
W Stanach Zjednoczonych przełom dokonał się w 1931 roku, gdy Sąd Najwyższy wydał orzeczenie w sprawie Near przeciwko Minnesocie. Chodziło w niej o status zakazu sądowego wydanego po publikacji informacji oskarżającej urzędników o zaniedbania. Zakaz, który zabraniał publikacji kolejnych materiałów, jeżeli gazeta nie udowodni wiarygodności oskarżeń, Sąd Najwyższy uznał za przejaw cenzury.
W orzeczeniu odwołano się właśnie do przykładu brytyjskiego i podkreślono, że sądowy zakaz miałby takie same skutki jak cenzura stosowana przez władze administracyjne. W ten sposób wykazano, że między decyzją sędziego a cenzurą można postawić znak równości i że w świetle konstytucyjnej gwarancji wolności mediów nie ma znaczenia, czy zakaz jest natury sądowej, administracyjnej, czy legislacyjnej, bo jego skutki - pozbawienie opinii publicznej dostępu do informacji - są takie same.
Rozmawiał w Waszyngtonie Krzysztof Darewicz
Profesor Thomas Dienes wykłada na George Washington University w Waszyngtonie i jest autorem dziewięciu książek poświęconych problematyce prawa konstytucyjnego i mediów
Źródło: Rzeczpospolita, 27.11.2003
Redaktor witryny www.afery.prx.pl tez został
zatrzymany na podstawie nie udokumentowanego wniosku sędziego krośnieńskiego Zbigniewa Dziewulskiego w oparciu o art.212§2kk [pomówienie]. Zarzuty do dnia dzisiejszego nie udowodniono, a  hańbiące polskie organa władzy dochodzenie umorzono. 
Na dzień dzisiejszy doniesienie o prześladowaniu publicystycznej działalności Zdzisława Raczkowskiego wniesiono do Fundacji Helsińskiej.

a jednak:
Dziennikarz ma prawo do przesady Rzeczpospolita

Prawomocnym już wyrokiem Sąd Rejonowy w Biskupcu uniewinnił redaktora naczelnego "Panoramy Mazurskiej" od zarzutu zniesławienia starosty powiatu mrągowskiego. Uznał, że artykuły miały charakter satyryczny, a swoboda dziennikarska obejmuje również możliwość posłużenia się przesadą czy nawet prowokacją. Biegła z zakresu języka polskiego stwierdziła, że artykuły mają charakter satyry osobistej. Wojciech S. argumentował, że zamieszczenie w gazecie takiej informacji było związane z życiem publicznym. Jako funkcjonariusz publiczny starosta musi się liczyć z krytyką, także w przesadnej, satyrycznej formie. SR uznał jednak redaktora za winnego, a umarzając na dwa lata postępowanie karne, zobowiązał go do przeproszenia starosty. SO w Olsztynie utrzymał wyrok w mocy. Uwzględniając kasację rzecznika praw obywatelskich, Sąd Najwyższy uchylił w zeszłym roku wyrok SO w Olsztynie.

 A JAK W "NIBY" DEMOKRATYCZNEJ POLSCE TRAKTUJE SIĘ OBYWATELI PUBLIKUJĄCYCH MATERIAŁY O PRZERĘTACH  OSÓB PUBLICZNYCH?!? NA PEWNO NIE WZYWA SIĘ ICH DO SĄDU NIE WNOSI POZWÓW - Z PEWNOŚCIĄ OKAZAŁO BY SIĘ ŻE RACZKOWSKI KOLEJNY RAZ MA RACJĘ. NALEŻY ZROBIĆ Z NICH WARIATÓW - SPRAWDZONY STALINOWSKI SPOSÓB...

Nowe kontrowersyjne publikacje:
CO BĘDZIE Z TĄ POLSKĄ POD ŻYDOWSKĄ WŁADZĄ?  - SKARGA KOMITETU NARODOWEGO POLSKI
KIM NAPRAWDĘ JEST PREZYDENT R.P.???? ALEKSANDER KWAŚNIEWSKI, CZY MOŻE STOLZMAN???
NIEZNANE FAKTY Z ŻYCIA KWAŚNIEWSKIEGO - KOLEJNA AFERA SLD?
"CZY JOLANTA KWAŚNIEWSKA  MA SZANSE  ZOSTAĆ PREZYDENTEM RZECZPOSPOLITEJ???"
czy fundacje "piorą pieniądze?" , zostały tylko wspomnienia J. Kwaśniewskiej
"Bóg Honor Ojczyzna" - krzyż narodu polskiego? - Judaizm, czyli "Jak rozpoznać Żyda".
10 kłamstw Aleksandra Kwaśniewskiego??? - a co na to Unia Europejska ? - podaj dalej...

TAJNE - JAWNE TAJEMNICE PAŃSTWOWE?
Raport o działalności pułkownika Władimira Ałganowa z KGB w sprawach:
Prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego, Premiera Józefa Oleksego i Leszka Millera, szefa MSWiA oraz Ministra Spraw Zagranicznych Włodzimierza Cimoszewicza, Ministra Skarbu Wiesława Kaczmarka, oraz biznesmena Jana Kulczyka.
TYLKO ŻEBRZĄCE "PRUSKIE POWIERNICTWO" ??? , czy kolejny “Drang nach Osten"???
witryna OBYWATELSKIE NIEPOSŁUSZEŃSTWO  i dodatkowo:

 WIELKIE BRANIE  ,    fakty o korupcji  , KORUPCJA ,  korupcja - uzasadnienie "wpadki parlamentarzystów", 
Kto może zostać politykiemco kryje przywilej immunitetu? odszkodowania - Sąd Najwyższy,
dowCIPY spod §... i wiele innych... 

tym samym dochodzimy do setna sprawy, czyli  "Raportu o stanie sądownictwa polskiego", ale to tylko dla osób myślących, a więc nie dla prawników...
...jasne, że terror rodzi terror, tak więc z uwagi na typowo stalinowskie prześladowanie  mojej osoby i prowadzonej działalności publicystycznej, moim celem jest obnażenie impotencji organów władzy...

WWW.AFERY.PRX.PL - WITRYNA PRYWATNA PROWADZONA PRZEZ ZDZISŁAWA RACZKOWSKIEGO.
Dziękuję za przysłane opinie i informacje. 
    uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres: afery@prx.pl

WSZYSTKICH SĘDZIÓW INFORMUJĘ ŻE PROWADZENIE STRON PUBLICYSTYCZNYCH
JEST W ZGODZIE z  Art. 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ 
1 - Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. 
2 - Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane.
ponadto Art. 31.3
Ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób. Ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności i praw.