Imieniny:

AferyPrawa.com

Redaktor Zdzisław Raczkowski ujawnia niekompetencje funkcjonariuszy władzy...
http://Jooble.org
Najczęściej czytane:
Najczęściej komentowane:





Pogoda
Money.pl - Kliknij po więcej
28 października 2020
Źródło: MeteoGroup
Polskie prawo czy polskie prawie! Barwy Bezprawia

opublikowano: 04-02-2012

Donkiszoteria inż. Kota -  układy niekompetencji Z.Ch. Alwernia 

Już 24 lata upłynęły od kiedy przestałem pracować w Z.Ch. Alwernia a jednak podsycana propaganda powoduje, że dla wielu osób z Alwerni, którzy mnie nie mieli okazji poznać osobiście, wciąż uchodzę za osobę, która krzywdziła innych i przeszkadzała w funkcjonowaniu zakładów. De facto to ja broniąc interesu państwa byłem niezwykle brutalnie szykanowany.

 Uznałem za celowe podjęcie próby zobrazowania dlaczego wciąż określone środowisko w Alwerni jest zainteresowane w opluwaniu mnie. Stawiam na wstępie pod rozwagę następującą sprawę. Jeżeli marnuje się majątek państwowy a winni usiłują to tuszować i wprowadzają opinię publiczną w błąd,  to przeciwstawiając się niegospodarności , próbując niwelować jej ujemne skutki,   trzeba stać się osobą „krzywdzącą” winowajców, poprzez odsłanianie marnotrawstwa.

Inny powód mojego niniejszego wystąpienia to obiegowe opinie z jakimi spotykam się w Alwerni na temat funkcjonowania Z.Ch. Alwernia w latach 1977 – 1990 i później, które było szczególnie czarną kartą , perfidnie wybieloną w aktualnej, obiegowej opinii, tak oficjalnej jak i nieoficjalnej (z powodu przemyślanej postawy winowajców lub niewiedzy wypowiadających się). Dopóki będziemy zakłamywać przeszłość dotąd będą mniejsze perspektywy na lepszą przyszłość. Jest wiele osób zainteresowanych w zakłamywaniu przeszłości, bo bojąc się o siebie, boją się osób pozytywnych, uczciwych , które nawet przypadkowo, mogłyby coś kompromitującego wyciągnąć na światło dzienne.

Każdy kto mnie bliżej poznał musi przyznać , że całe życie miałem swoje poglądy zawodowe, często trafne, miałem odwagę je wygłaszać i bronić ( odsyłam do załączonego artykułu pt.  „Siedem Nieszczęść z Tym Kotem”). Taka postawa, w kraju do cna skorumpowanym , jakim była i jest Polska, musiała i narażała na konflikty z osobami   niekompetentnymi lub cwaniakami, uprawiającymi prywatę.

Zaznaczam, że w latach 1985 – 1990 pracowałem w Moravskich Chemickich Zavodach w Ostrawie i mam z tej pracy entuzjastyczną pisemną opinię. Jeszcze nie było roku, aby mój przełożony nie przesłał mi życzeń świątecznych. Czesi są o niebo bardziej dojrzałym społeczeństwem od nas. Mają w sobie instynkt państwowotwórczy.

Obecnie opinia publiczna indoktrynowana jest absurdalnymi aferami związanymi z donosicielstwem ( nie wyobrażam sobie dynamicznego, konstruktywnego  funkcjonowania policji i prokuratury w najbardziej demokratycznym państwie bez donosicieli ) a przecież znacznie bardziej szkodliwym dla kraju było rujnowanie naszej gospodarki. Za każdym razem, gdy spotykam znajomych z Alwerni, słyszę o tym, że źle się dzieje w naszym kraju. My Polacy tacy jesteśmy. Wiemy, że jest źle, ale nie chcemy zauważyć, że źródła zła są koło nas. Co najwyżej zauważamy osoby „konfliktowe”.

Gdyby każde przedsiębiorstwo w Polsce dopuściło się takiego marnotrawstwa jakie miało miejsce w Z.Ch. Alwernia w latach 1977 – 1990 to nic nie byłoby w stanie uchronić kraju przed totalnym bankructwem. Byłem jedynym pracownikiem zakładów ( a potwierdził to na piśmie prokurator wojewódzki dr Kazimierz Krasny w 1983 roku – odsyłam do załącznika pt. „Donkiszoteria Bolesława Kota”)  , który czynnie usiłował temu marnotrawstwu przeciwdziałać. Znaczna liczba osób milczała lub starała się mi zaszkodzić , często czyniąc to w sposób odrażający, ale o niektórych z nich napiszę w dalszej części niniejszego pisma. Była też pewna liczba osób dyskretnie solidaryzująca się ze mną , ale jedynie inż. Jan Kulesza, Alicja Pasecka, Stanisław Kosowski, Franciszek Bar, Stanisława Zięba mieli cywilną odwagę i jawnie próbowali mnie  podtrzymywać na duchu, mieli odwagę przyznawać się do znajomości ze mną.

Kiedy przyszedłem do pracy w zakładach w Alwerni w 1977 roku (z Petrochemii Płock) i zapoznałem się ze stanem technicznym zakładów byłem po prostu przerażony. Wszystkie oddziały produkcyjne reprezentowały poziom techniczny rodem z XIX wieku. Sens ekonomiczny ich funkcjonowania wynikał z  szokujących powodów :

Stosowane  technologie były bardzo prymitywne, niezwykle szkodliwe dla środowiska, tak pod względem charakteru surowców, produktów jak i powstałych odpadów ( w tym związki chromu ) jak i pod względem niezwykłej uciążliwości dla obsługi (warunki pracy  kompromitowały kadrę techniczną) i ogromnego zagrożenia dla zdrowia i życia pracowników, a także dla okolicznych mieszkańców ( zanieczyszczenie powietrza i wód ) . Zakłady mogły sprzedawać swoje produkty , otrzymywane na prymitywnych instalacjach, bo nikt w Europie nie chciał u siebie budować tak szkodliwych dla środowiska fabryk.

Musiałem dojść do jedynego logicznego wniosku, że tak technicznie zaniedbany zakład jak ten w Alwerni, musi być prowadzony przez kadrę reprezentującą bardzo niski poziom kwalifikacji technicznych. Chodzi mi oczywiście o kompetencje zatrudnionych chemików ( techników , inżynierów oraz magistrów ). Jedyną pozytywną rzeczą w zakładach był idealny porządek  na zewnątrz  oddziałów. Jak się zorientowałem, dyrektor zakładów pan Janusz Dziadur ( w moim przekonaniu par excellence autokrata), był jako chemik osobą całkowicie niekompetentną szczególnie w przemyśle chemii organicznej , jaką chciał wdrażać w Z.CH. Alwernia, ale potrafił od załogi rygorystycznie wyegzekwować porządek. Ten zewnętrzny porządek powodował , że zachwycone dyrektorem były osoby jeszcze bardziej niekompetentne technicznie od niego , przedstawiciele SB, KK PZPR ( dla których zresztą, według mojej wiedzy)  zakłady świadczyły różne nieformalne usługi ), itp. Szybko podjąłem próbę odejścia z Alwerni do Karbochemii w Libiążu, ale dyrektor Dziadur uniemożliwił mi to.

Dyrektor Dziadur, przekonany o swojej uniwersalnej fachowości, oraz o fachowości swojego otoczenia,  miał ogromne plany inwestycyjne.  

Chyba w 1978 roku powołano mnie na kierownika wytwórni wody utlenionej w budowie. Po objęciu tego stanowiska szybko przekonałem się , że zakłady podpisały kontrakt na zakup licencji i urządzeń ( w tym na zakup ponad 2400 ton niezwykle drogiej aparatury ze stali kwasoodpornej) na pierwszy fragment wytwórni, wcale nie najistotniejszej . Co gorzej ten zakupiony fragment reprezentował żenujący poziom techniczny i miał fatalne referencje. Zakupiona technologia ( zwłaszcza jej najistotniejsza część - uwodornienie ) reprezentowała znany mi poziom techniczny sprzed II wojny światowej. Z uwagi na ogólną dostępność ( ważność patentów dawno wygasła ) nie wymagała zakupu licencji.  Życzenie i plan dyrektora Dziadura, aby jakiś  inny dostawca sprzedał nam licencję  na drugi, uzupełniający fragment wytwórni i dał gwarancję na funkcjonowanie obydwu fragmentów , czyli całej wytwórni wody utlenionej, był dla mnie niewiarygodną naiwnością i obrazem totalnej niekompetencji. Miałem zarówno ogromne doświadczenie w projektowaniu i wdrażaniu instalacji uwodornienia jak i dorobek wynalazczy w tym temacie  .

Szokującą była też dla mnie postawa kierownika działu Rozwoju zakładów , mgr Zygmunta Kowalskiego. Uważam, że  nie miał on żadnej najbardziej elementarnej wiedzy na temat  technologii produkcji wody utlenionej, nie miał żadnego doświadczenia w dziedzinie przemysłowej chemii organicznej ( zwłaszcza z inżynierii chemicznej, nad czym wielokrotnie ubolewał ) , a taką dziedzinę reprezentowała wytwórnia wody utlenionej, a mimo to, w moim przekonaniu,  pełnił rolę specjalisty u boku dyrektora Dziadura  ( w moim przekonaniu wyciągając z tej sytuacji bardzo poważne osobiste korzyści ) a dyrektor Dziadur postępował tak jak gdyby złapał pana Boga za nogi. Według mnie wierzył mu we wszystkim.

Nie mając partnerów w zakładzie ( nikt w zakładach w Alwerni nie miał elementarnego pojęcia o zakupionej technologii !!! ), korzystając z osobistej znajomości z Ministrem Chemii – E. Grzywą,  doprowadziłem do powołania przez ministra 4 osobowej komisji spoza zakładów w Alwerni ( Dr Benedykt Kubica i Mgr inż. Zbigniew Świechowski z Z.Ch. Oświęcim , inż. Tadeusz Wójtowicz z Z.A. Kędzierzyn oraz doc. Dr Ormaniec z Instytutu Chemii Przemysłowej z Warszawy)  do oceny instalacji wody utlenionej. Komisja ta wydała opinię druzgocącą. Nie tracący rezonu dyr. Dziadur najpierw zaczął bezskutecznie dążyć do tzw. zaniechania inwestycji z braku środków. Mgr Z. Kowalski w międzyczasie , w moim przekonaniu świadomy tego co robi, zlecał niekompetentnym ośrodkom tzw. prace badawcze uzupełniające technologię produkcji wody utlenionej. Ze mną tych spraw nie tylko nie omawiał, ale w zdecydowanej większości przypadków nawet w ogóle nie informował mnie o nich . Z góry było wiadomo, że z tych prac nigdy nie może być pożytku i jak się potem okazało nie było żadnej korzyści. Niemniej „dziwnym trafem” np. pracownie Uniwersytetu Jagiellońskiego, korzystające ze zleceń, jednocześnie pomagały panu Z. Kowalskiemu robić doktorat. Podobnie Politechnika Krakowska przyjęła do pracy żonę Z. Kowalskiego a po wielu latach także samego Kowalskiego.

Następujący epizod obrazuje jak brutalnie traktowano w Z. Ch. Alwernia osoby autentycznie ambitne i twórcze, ale będące spoza „układów”. Znam ten epizod  z relacji zarówno pana Romana Waszczyszyna jak i innych pracowników Z.Ch. Alwernia. Otóż podobno ( piszę podobno bo mnie przy tym nie było) mgr R. Waszczyszyn , pracownik zakładów w Alwerni, poważnie zawansował swój doktorat. Swoje opracowania zamknął w swoim biurku na terenie zakładów i wyjechał na urlop do Anglii. Będąc w Anglii zwrócił się pisemnie do zakładów o przedłużenie urlopu. Kiedy powrócił nie został już wpuszczony na teren zakładów. Został dyscyplinarnie zwolniony z pracy, nie odzyskawszy swoich materiałów doktoranckich. Pracownicy zakładów informowali mnie , że biurko mgr R. Waszczyszyna opróżniano bez Waszczyszyna.  Jedna z osób przystąpiła do doktoratu w zbieżnym temacie, który realizował mgr R. Waszczyszyn.

Wydawać by się mogło, że katastrofalne niepowodzenia w inwestycji woda utleniona powinny nauczyć pokory dyr. Dziadura a także kierownictwo rozwoju. Niestety nie. To co napiszę poniżej ujawniam po raz pierwszy bo blokowano mnie tajemnicą państwową. Warto, aby zajęła się tym prokuratura. To o wiele większa szkoda dla Polski niż jakieś tam donosicielstwo. Wcześniej , z uwagi na zamykanie mi ust klauzulą tajności, nie mogłem niżej opisanego  skandalu ujawnić.

Dyrektor Dziadur zaangażował wywiad PRL i według informacji jakie mi przekazano,  zdecydował się na kolejne katastrofalne posunięcie. Naiwnie wierzono , że przedstawiciel znanej firmy zachodniej, za pół darmo, zdradzając własnego pracodawcę,  sprzeda  wartościową dokumentację na wytwórnię wody utlenionej, za pośrednictwem polskiego wywiadu.  Według mojej wiedzy chyba w 1979 roku zapłacono za zakupioną dokumentację 3 razy po 300 000 dolarów. Biorąc pod uwagę to co „kupiono”  przypuszczam , że załatwiano biznes nie ze zdrajcą a uczciwym i sprytnym pracownikiem firmy. Chyba za wiedzą swoich przełożonych ten rzekomy zdrajca „sprzedał” całkowicie bezużyteczną dokumentację. Nie była to zwarta całościowa dokumentacja, a jedynie fragmenty dokumentacji z różnych fabryk , z której nigdy nie udałoby się stworzyć zwartej całości. Te strzępy dokumentacji pochodziły z lat pięćdziesiątych, a więc dawno wygasła ich ochrona patentowa. Były więc one ogólnodostępne , za darmo. I aby mieć pewność, że „sprzedana” dokumentacja na pewno nie będzie mogła być wykorzystana, „zdrajca” postawił wysokie wymagania co do czystości surowca (wodoru) , a tego warunku zakłady w Alwerni nie były w stanie spełnić. Poznałem  dobrze tą dokumentację bo tłumaczyłem ją w całości , z różnych języków.

Mnie przy zakupie  od „zdrajcy” nie było. Dyrektor Dziadur wręczając mi zakupioną dokumentację do tłumaczenia powiedział , który ze specjalistów z Z.Ch. Alwernia towarzyszył mu przy tym zakupie.  Uważam, że autorów tego skandalicznego „zakupu” trzeba ujawnić. Wierzę, że wywiad mógłby podać tu wiele potrzebnych informacji. Jeśli nie będziemy odsłaniać takich spraw to powszechne hochsztaplerstwo pozostanie w Polsce wiecznie bezkarne. Ja tutaj nie piszę wszystkiego co na temat „zakupu” wiem.

Kiedy w końcu dyrektor Dziadur pozwolił sobie wytłumaczyć , że dokonał kolejnego absurdalnego zakupu wpadł w popłoch , a „pomógł” mu w zrozumieniu, że nie jest bezkarny,  ruch „Solidarnościowy”. Chyba w 1980 roku powołał zespół pod formalnym kierownikiem zastępcy dyrektora W. Kozakiewicza a formalnie pod moim kierownictwem, do opracowania programu wyjścia z impasu.

Zaangażowałem do współpracy kompetentne instytuty i biura projektowe . 16 lutego 1982 roku , na ogólnym spotkaniu z udziałem biur, instytutów, Zjednoczenia wyrażono mi uznanie za opracowany program. Uznanie wyraził szczególnie Dziadur.

31 marca 1982 roku wręczono mi niespodziewanie wypowiedzenie z pracy. Dyrektor Dziadur i jego spoufaleni współpracownicy uznali, że jeżeli Kot przygotował program to do realizacji tego programu Kot nie jest konieczny. Jak potem wykaże, mylili się bardzo. Technika nie znosi niekompetencji. 22 października 1982 roku sąd przywrócił mnie do pracy, ale 3 listopada 1983 roku zwolniono mnie ponownie. Tym razem skutecznie. Sąd Pracy w Krakowie popisał się żenującą służalczością. Uznał za zgodne z Kodeksem Pracy to , że 3 listopada o godz. 14.30 , na stanowisku pracy, wręczono mi wypowiedzenie z pracy z terminem 31 październik 1983 . Zaznaczam, że nie naruszyłem Kodeksu Pracy, ani rażąco ani inaczej . Uważam, że było to „szczytowe”, serwilistyczne  osiągnięcie sędziów z Krakowa ( Jerzego Zawistowskiego i Anny Tokarskiej).

Przy okazji zobaczyłem co to jest natura ludzka. Inż. Jan Zimoląg i mgr Danuta Sielska byli przekazani do dyspozycji Działu Kadr, czyli praktycznie zwolnieni z zakładów . Kiedy tworzyłem zespół , chyba w 1980 roku,  przyjąłem ich do pracy w zespole, ratując ich przed bezrobociem. Pomogłem im wykazać się pracą . Okazywali mi wdzięczność. Wielokrotnie szczerze wyrażali opinię ( nie tylko do mnie) , że nie wyobrażają sobie pracy zespołu beze mnie. Jakież było moje zaskoczenie kiedy ci ludzie oświadczyli w sądzie pracy , że zespół może dobrze i beze mnie pracować. Dyrektor Dziadur „wynagrodził” tą ohydną postawę. Jeszcze niedawno „nie nadający się do niczego” inż. Zimoląg, został kierownikiem warsztatów a również niedawno „nie nadająca się do niczego” mgr Sielska , o ile pamiętam, została kierowniczką Laboratorium.

Po moim odejściu  dochodziły do mnie szokujące informację na temat pracy zespołu ds. wody utlenionej. W moim przekonaniu prowadzono kompletnie absurdalne badania, z założenia nieprzydatne do niczego. Według tego co mi nieformalnie relacjonowano oprócz  kierownictwa Działu Rozwoju prym wiedli w badaniach mgr Sielska, pan Kania, Wiesław Wantuch ( który kiedyś powiedział mi , że co prawda nie jest kompetentny w temacie, ale będąc w zespole  trochę sobie jeździ za granicę).

Oczywiście finał mógł być tylko jeden. Totalna klapa. Zreasumujmy. Kupiono i zapłacono za jedną licencję, kupiono dla tej licencji ponad 2000 ton urządzeń ze stali kwasoodpornej i tylko dzięki mojej desperackiej  postawie zapłacono jedynie za około 1/3 tych urządzeń, zakupiono i zapłacono za drugą licencję ( naprawdę nic nie wartą). Autorzy tego skandalu do dziś uchodzą za mężów opatrznościowych polskiej chemii. Ja jestem człowiekiem kompletnie oplutym .

Mało kto został poinformowany w Alwerni o tym,  że wyrokiem sądu z 1990 roku zakłady w Alwerni wypłaciły mi odszkodowanie , pośrednio przyznając, że bezprawnie zwolniono mnie z pracy w 1983 roku. Innymi słowami: mogłem wrócić do pracy, ale nie chciałem bo personalnie nic się w zakładach praktycznie nie zmieniło.

O ile mi wiadomo, wytwórnia wody utlenionej stanęła jednak w Polsce. Wybudowano ją później w Z.A. Puławy, na licencji szwedzkiej. Gorzej niż w bantustanie. Nie dość, że sami nie potrafimy opracować technologii produkcji jakiegoś produktu chemicznego to jeszcze, aby wybudować jakąś wytwórnię, musimy na nią kupić aż trzy licencje. Jest to na pewno absolutny rekord świata jeśli chodzi o absurd gospodarczy. Myślę, że takiego skandalu nie dałoby się spotkać nawet w bantustanach.

I jeszcze jedno . Pewna część kadry zakładów będącej w komitywie z dyr. Dziadurem , chcąc się wyłgać od odpowiedzialności, upowszechniała pogląd jakoby zakłady, a dyrektor w szczególności, byli zmuszani do w/w błędnych decyzji. Wszelkie znane mi dokumenty a także rozmowy jakie osobiście słyszałem pomiędzy dyrektorem Dziadurem a dyrektorem Zjednoczenia jednoznacznie wskazywały , że wszystkie decyzje dotyczące zakupu powyższych licencji były autorstwa Z. Ch. Alwernia a dyr. Dziadurowi zarzucano, że to same zakłady przygotowały entuzjastyczną opinię o pierwszej w/w zakupionej licencji i podsunęły Instytutowi Chemii Nieorganicznej do podpisania. Należy jasno stwierdzić, że wymieniony instytut nie był kompetentny w temacie, bo produkcja wody utlenionej, przedmiotową metodą, reprezentowała chemię organiczną.

 Kolejny skandal z przełomu lat siedemdziesiątych/ osiemdziesiątych to wybudowana w Alwerni wytwórnia trójpolifosforanu sodu.

Z.Ch. w Alwerni kupowały z ZSRR fosfór żółty po bardzo korzystnej cenie – 800 rubli transferowych za tonę, w sytuacji kiedy cena tego cennego surowca na rynkach międzynarodowych wahała się wokół 2000 dolarów za tonę. Zakłady w Alwerni produkowały z fosforu żółtego kwas fosforowy termiczny , o wysokiej czystości ( tzw. farmaceutycznej ). Kwas ten znakomicie finansowo sprzedawał się , także na Zachód.

Trójpolifosforan sodu (TPFS )  produkowano w Z.Ch. Wizów z tzw. kwasu fosforowego ekstrakcyjnego , znacznie bardziej zanieczyszczonego niż kwas fosforowy termiczny, dwa razy tańszego od kwasu fosforowego termicznego. TPFS to bardzo przestarzały komponent proszków do prania. Chodzi o to, że związki fosforowe dodawane do proszków do prania powodują tzw. eutrofizację wód powierzchniowych , prowadzącą do zachwaszczania rzek i jezior.

Nie da się racjonalnie zrozumieć dlaczego wielcy spece Z.Ch . Alwernia  zdecydowali się na budowę wytwórni TPFS w Alwerni z cennego kwasu fosforowego termicznego. Odważnie sprzeciwiając się temu absurdowi przedstawiałem wyliczenia z których wynikało, że gdyby zaniechać budowy tej wytwórni to sprzedając kwas fosforowy termiczny zamiast produkować z niego TPFS zakłady zyskiwałyby rocznie 600 000 ówczesnych złotych, nie ponosząc jednocześnie nakładów na budowę wytwórni TPFS.

Był jednak „pewien sens”  budowy tej wytwórni, bardzo cyniczny sens. Dzięki wyjątkowo niskiej cenie fosforu żółtego i w konsekwencji niskim kosztom wyprodukowania z niego kwasu fosforowego termicznego, cokolwiek by się nie wyprodukowało z tego kwasu, to i tak wyszło się na plus. Ryzyka technicznego nie było żadnego. Skoro w Wizowie produkowano dobrej jakości TPFS z kwasu fosforowego ekstrakcyjnego, o bardzo niskiej czystości, to tym bardziej dało się uzyskać dobrej jakości TPFS z kwasu termicznego o bardzo wysokiej jakości.

 Czym więc kierowano się w Alwerni decydując się na budowę TPFS ? Oto mój pogląd na ten temat. W owym czasie popularne były tzw. wdrożenia, za które autorzy pobierali wysokie gratyfikacje. Wyliczenia zysku wynikającego z wdrożenia wytwórni TPFS było bardzo proste. Koszty produkcji kwasu fosforowego termicznego z bardzo taniego fosforu żółtego były bardzo niskie. Koszty produkcji TPFS z tego kwasu też były niskie. Sprzedając otrzymany w ten sposób TPFS wychodziło się jeszcze na plus. A skoro był plus to była podstawa do gratyfikacji za wdrożenie. Przemilczano przy tym fakt, że gdyby sprzedawać kwas fosforowy termiczny, zamiast produkować z niego TPFS, to wychodziłoby się na znacznie większy plus. Nie byłoby jednak wdrożenia. Jasne ? Reasumując : kadra Z.Ch. Alwernia ( w tym kierownik Działu Rozwoju - dr Z.Kowalski ) zgarnęła gratyfikacje za narażenie zakładów na ogromne straty. Prawdziwy majstersztyk. Zwracam jeszcze uwagę, że producenci proszków do prania często reklamują swoje wyroby sformułowaniem : „ nie zawiera związków fosforu ( tzn. nie zawiera TPFS) ”. Tak wielcy spece z Alwerni , budując  wytwórnię TPFS, zgarniali szmal i cofali do czasu sprzed II wojny światowej nasz kraj w technologii produkcji proszków do prania.

Kolejny skandal to wybudowana w Alwerni , w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych, wytwórnia pentaerytrytu. Jeszcze jako pracownik Z.Ch. Alwernia ( ale wiadomo było, że mnie w końcu lada moment zwolnią  z pracy ) ostrzegałem prof. Włodzimierza Kotowskiego -  dyrektora Instytutu Ciężkiej Syntezy Organicznej w Blachowni Śląskiej, właściciela technologii, aby  nie decydował się na lokalizację wytwórni w Alwerni bo poziom kadry jest zbyt niski na poradzenie sobie z nieco trudniejszą technologią, jaką reprezentowała wytwórnia pentaerytrytu. Nie posłuchał mnie, wobec tego musiał i poniósł totalną klęskę. Wybudowano wytwórnię za ogromne pieniądze i  nie uruchomiono jej do dziś ( minęło już ponad 20 lat od jej wybudowania). Prof. Kotowski żyje i mam nadzieję, że pamięta moje ostrzeżenie. Szkoda jedynie, że nie dopuszczono dobrych fachowców z zewnątrz do uruchomienia tej wytwórni. Wcześniej podobne problemy, rzekomo nie do pokonania , były z uruchomieniem podobnej wytwórni octanu winylu w Z.Ch. Oświęcim, a jednak znaleźli się autentyczni fachowcy, którzy wytwórnię uruchomili. W latach 1975 – 1976 , jako pracownik Petrochemii Płock, zmodernizowałem i uruchomiłem instalację półtechniczną do ekstrakcji butadienu za pomocą betametoksypropionitrylu, której zespół reprezentowany przez 5 doktorów i profesorów nie potrafił uruchomić w trakcie prób prowadzonych od wielu lat .

Niestety szczegółowe omówienie wszystkich skandali jakie miały miejsce w Z.Ch Alwernia, na przełomie lat siedemdziesiątych / osiemdziesiątych/ dziewięćdziesiątych  ubiegłego wieku, zabrałoby znacznie więcej miejsca. Aby nie być gołosłownym wymienię jedynie kilka dalszych :

-          zaprojektowano wytwórnię nadboranu sodu, w związku z tym było wiele wyjazdów zagranicznych  ( nie ma jej do dziś),

-          wybudowano drugą wytwórnię kwasu fosforowego termicznego o monstrualnej zdolności produkcyjnej, bez zapewnienia sobie zarówno dostaw surowca jak i zbytu produktu. Wytwórnie wykorzystywane w minimalnym procencie,

-          zgromadzono ogromną hałdę tzw. błota pochromowego , zanieczyszczającego nie tylko powietrze, ale  i wodę w okolicy, nawet  Wisłę.

Kilkakrotnie otwarcie mówiłem zastępcy dyrektora , mgr W. Kozakiewiczowi ( jednemu z niewielu pozytywnych, ale zastraszonych przedstawicieli kadry )  , że Polska to wspaniałomyślny kraj, jeżeli skarb państwa przejmuje na siebie monstrualne zadłużenie, sprokurowane przez niewiarygodne popisy niekompetencji , jakie miały miejsce w Alwerni.

Uważam, że pan Zbigniew Klatka , redaktor zakładowej gazetki Alchemik, powinien być szczegółowo rozliczony  z tego co pisał o rozwoju i działalności inwestycyjnej zakładów na przełomie siedemdziesiątych / osiemdziesiątych lat  , także z tego co napisał o mnie. Byłaby to przestroga dla innych na przyszłość, iż  pisanie , w moim przekonaniu, w interesie kolegów i swoim ( aby zaskarbiać przychylność szefa), a nie w interesie społecznym, przyniesie niesławę.

Nie potrafię zrozumieć inż. inż. Syski i Taborskiego, pracowników Z.Ch Alwernia, członków Rady Nadzorczej. Skandaliczne inwestycje w  Z.Ch. Alwernia były szeroko opisywane w Gazecie Krakowskiej oraz w tygodniku Przegląd Tygodniowy. Moja desperacka rola w powstrzymywaniu niegospodarności też była szczegółowo tam opisywana. Ponadto panowie  Syska i Taborski nie mogli nie widzieć skandalicznych inwestycji, nie mogli nie zauważyć setek ton cennej aparatury ze stali kwasoodpornej, rozkradanej i gnijącej na terenie zakładów, pod gołym niebem. Jak to więc było możliwe , że kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy ogłoszono konkurs na dyrektora zakładów i ja się zgłosiłem, nie otrzymałem nawet należnej mi ( z punktu widzenia Kpa ) odpowiedzi. Widocznie Rada Nadzorcza żyła ( a może jeszcze wciąż żyje ) w wirtualnym świecie, wyreżyserowanym przez lokalnych propagandzistów. Nawet nie chciała mnie wysłuchać. Działała przeciwnie do tego do czego została powołana.

Nawet powołany potem na dyrektora pan Kula (imienia i tytułów nie pamiętam) uznał za wskazane przyjechać do Wadowic na rozmowę ze mną. Szkoda , że posłuchał mnie jedynie częściowo. Nie potrafię zrozumieć ani jego ani Rady Nadzorczej z powodu bezmyślnego ściągnięcia z powrotem do zakładów, w latach dziewięćdziesiątych, w roli męża opatrznościowego, dr Z. Kowalskiego. Uważam to posunięcie za szczytowo cyniczne.

Zwróciłem uwagę na  to co każdy myślący człowiek powinien zauważyć w Alwerni. Nie szukajcie źródeł klęsk gospodarczych naszego kraju gdzieś daleko. Takie szokujące źródła są u Was. W Alwerni. Ponadto, uważam, że drastycznie bardziej odczuwalne dla wszystkich jest marnowanie mienia państwowego niż donosicielstwo (które bardzo często jest po prostu społecznie pożądane). Niestety ogłupia  nas sterowana przez złodziei propaganda. Jeśli ktoś uważa, że go skrzywdziłem w Alwerni to niech to udokumentuje. Zadość uczynię racjonalnym zarzutom.

Jestem bardzo dumny ze swojej postawy w Alwerni – dumny jako inżynier i dumny jako obywatel.

Żałosne jest to , że w Radach Miejskich w Alwerni , zasiadały osoby , a może jeszcze zasiadają , które wobec moich desperackich wysiłków, w celu zapobiegania niegospodarności, demonstrowały  w stosunku do mnie, intryganctwo oraz pełną arogancję i wrogość.

    Bolesław Kot

Sprawy tematyczne poruszane w działach:
SĄDY PROKURATURA ADWOKATURA
POLITYKA PRAWO INTERWENCJE - sprawy czytelników

"AFERY PRAWA"
Niezależne Czasopismo Internetowe redagowane przez dziennikarzy AP i sympatyków z całego świata których celem jest PRAWO, PRAWDA SPRAWIEDLIWOŚĆ DOSTĘP DO INFORMACJI ORAZ DOBRO CZŁOWIEKA

uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres: afery@poczta.fm
Dziękujemy za przysłane teksty opinie i informacje.

WSZYSTKICH INFORMUJĘ ŻE WOLNOŚĆ WYPOWIEDZI I SWOBODA WYRAŻANIA SWOICH POGLĄDÓW JEST ZAGWARANTOWANA ART 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ.

Komentarze internautów:

Komentowanie nie jest już możliwe.