Imieniny:

AferyPrawa.com

Redaktor Zdzisław Raczkowski ujawnia niekompetencje funkcjonariuszy władzy...
http://Jooble.org
Najczęściej czytane:
Najczęściej komentowane:





Pogoda
Money.pl - Kliknij po więcej
13 grudnia 2019
Źródło: MeteoGroup
Polskie prawo czy polskie prawie! Barwy Bezprawia

opublikowano: 26-10-2010

PRL szaleje w sądach i prokuraturze - wśród niezdekomunizowanych polskich sędziów coraz częściej daje o sobie znać brak obiektywizmu i jawna stronniczość

Z Gazeta Polska. Artykuł napisał: Pawel Paliwoda : Kategoria Wymiar sprawiedliwości

Czym różni się sędzia lub prokurator od inżyniera bądź górnika? Choćby tym, że wyznawany światopogląd i sympatie polityczne nie mają żadnego wpływu na efekty pracy w dwóch ostatnich profesjach. Budowa nagrywarki DVD nie zależy od poglądów na lustrację czy karalność za aborcję u jej konstruktorów. Górnik fedruje nie bacząc, czy w kraju rządzi lewica czy prawica – w domu zostawiając swój pogląd na legalizację „małżeństw” homoseksualnych. Inaczej jest z sędziami i prokuratorami. Ich światopogląd nie powinien odgrywać, ale w praktyce odgrywa ogromną rolę w orzecznictwie i sposobach reagowania na bezprawie. Dobitnym tego przykładem jest faktyczna, choć sprzeczna z prawem, odmowa prokuratury i sądów ścigania osób rozpowszechniających twardą pornografię.

Prokuratorzy niejednokrotnie w podobnych sprawach zajmują krańcowo odmienne stanowiska. Albo wszczynają postępowanie, albo nie. Wedle uznania. Sędziowie za podobne przestępstwa raz wymierzają surowe kary, innym razem umorzają sprawę z powodu „nikłej społecznej szkodliwości czynu”. Stronniczość wielu sędziów stała się szczególnie widoczna po ostatnich wyborach i dojściu do władzy PO, postrzeganej przez lewicową i liberalną inteligencję jako partia ludzi światłych. Sędziowie także chcą uchodzić za ludzi światłych. I w tym kręgu działa zatem moda na tolerancję wobec przestępców i rezerwa wobec zwykłych obywateli oraz manifestuje się sympatia wobec politycznych i obyczajowych „liberałów”.

Niejednokrotnie więc wydawane są w polskich sądach absurdalne lub wręcz groteskowe werdykty na niekorzyść osób identyfikujących się z opozycyjną prawicą. Często skarżący się na niskie płace ludzie w czarnych togach aż nazbyt dobitnie manifestują na salach sądowych swoją władzę nad podsądnymi i świadkami. W licznych przypadkach swój społeczny status próbują utwierdzać krzykiem i arogancją. Nabywany tą drogą rzekomy prestiż ma być psychologiczną rekompensatą za niskie uposażenie i ma sytuować sędziów ponad zwykłym obywatelem.

Lizusów na wolność, pieniaczy do psychuszki

Gdy widzę na ekranie telewizora młodą sędzię, która odczytuje werdykt w kolejnej sprawie wytoczonej swoim adwersarzom przez Adama Michnika, na ogół już wiem, jaki będzie jej finał. Jak na złość, w większości przypadków w rozprawach o podkładzie politycznym, przewodniczącym składu orzekającego jest młoda kobieta. Panny świeżo po studiach, bez doświadczenia zawodowego i życiowego, często będące pod wpływem politpoprawnej propagandy, dostępują w Polsce zaszczytu sprawowania funkcji sędzi w imię Rzeczypospolitej. Często naburmuszone i obrażalskie przekształcają rozprawy w konkurs wazeliniarstwa i podchlebiania się. Kogo sędzia polubi i kto odpowiada jej estetyczno-ideologicznym poglądom, ten ma niepomiernie większe szanse wygrania procesu niż ci, którzy swoje racje wyrażają stanowczo, a na błędy i stronnicze decyzje sądu reagują pismami do jego prezesa.

Jeżeli podsądny jest w swej stanowczości konsekwentny, polemizuje z sądem bądź pozwala sobie na krytyczne uwagi, grozi mu oprócz przegranej… szpital psychiatryczny. Niebywałym sądowym skandalem, na który jeszcze większą uwagę powinny zwrócić organizacje obrony praw człowieka, jest w dzisiejszej Polsce lekkomyślne – a w niektórych przypadkach być może złośliwe – wykorzystywanie przez sądy i prokuraturę szpitali psychiatrycznych jako środka represyjnego wobec niepotulnych podsądnych. Kontrola NIK z 1997 roku ujawniła, że w tylko w latach 1995/97 na przymusową obserwację psychiatryczną skierowano co najmniej 11,5 tys. osób! W wywiadzie dla tygodnika „Ozon” z 2 listopada 2005 r. karnista profesor Zbigniew Hołda mówił: „Niestety, bardzo wielu sędziów i prokuratorów nadużywa swojej władzy i uprawnień do załatwiania prywatnych porachunków. W takich wypadkach wolą nie pamiętać, że kodeks karny pozwala kierować ludzi na przymusową obserwację psychiatryczną tylko w absolutnie wyjątkowych sytuacjach. Furtkę do nadużyć pozostawia złe, bo dopuszczające uznaniowość prawo. Zgodnie z artykułem 203 postępowania karnego zamknąć w zakładzie psychiatrycznym można każdego podejrzanego, w stosunku do którego biegli zgłoszą taką konieczność. Co oznacza >>konieczność<<, kodeks nie precyzuje”. „Paranoja pieniacza” to diagnoza często stawiana podsądnym, którzy zarzucają sądowi stronniczość. Zbigniew Romaszewski (loc.cit.) mówił: „W PRL do szpitali psychiatrycznych trafiało mniej zdrowych osób niż obecnie”. Zdaniem senatora, w III RP sędziowie traktują skierowanie zdrowego, lecz niepokornego podsądnego do szpitala psychiatrycznego jako formę represji. Z reguły pobyt w szpitalu trwa od trzech do sześciu tygodni, ale może być wielokrotnie przedłużany. Wniosek: w dzisiejszej Polsce wymiar sprawiedliwości niejednokrotnie stosuje już nawet nie PRL-owskie, lecz sowieckie metody wobec często zupełnie niewinnych obywateli.

Wrzask, ignorancja i złe maniery

Nigdzie na świecie sądy nie są miejscem, gdzie odczuwa się komfort psychiczny. Ale polskie sądy są miejscami, które otacza szczególnie ponura aura. Nazbyt często zdarza się w nich, że sędziowie traktują ofiary i świadków gorzej niż sprawców przestępstw. Także podsądni, którym winy jeszcze nie udowodniono, bywają traktowani obcesowo. Znany jest przypadek, gdy zeznająca w sądzie kobieta w ciąży została przez sędziego zmuszona do składania zeznań w pozycji stojącej przez wiele godzin. Zakończyło się to jej zasłabnięciem. Kobietom, ofiarom przestępstw na tle seksualnym, te same krępujące pytania bywają zadawane wielokrotnie zarówno w prokuraturze, jak i na sali sądowej – przez sąd jak i obrońców oskarżonych (mimo że protokół zeznań w prokuraturze zawiera odpowiedzi na nie). Na łamach „Gazety Polskiej” o złych praktykach sądowych mówił Krzysztof P. Orszagh: „Pamiętam sytuację, w której znalazło się małżeństwo z USA – ludzie w podeszłym wieku, spokojni, kulturalni – biorące udział w rozprawie sądowej w związku z morderstwem ich syna. To, co działo się na sali sądowej, przekroczyło wszelkie granice. Prowadząca sprawę sędzia Piwnik krzyczała na nich, strofowała, pouczała. Jej stosunek do zrozpaczonych rodziców był nie tylko lodowaty, ale także pełen opryskliwości. Wyglądało to tak, jakby oskarżonymi byli właśnie oni. Sędzia Piwnik doprowadziła do czegoś, co nazywa się wtórną wiktymizacją ofiar”.

Podobna sytuacja przytrafiła się niedawno znanemu z prawicowych i prokościelnych wypowiedzi filozofowi Bogusławowi Wolniewiczowi. Oto relacja profesora: – Wracając w styczniu 2002 roku z sympozjum w Toruniu, zostałem w pociągu okradziony. Policja – działając nadzwyczaj sprawnie – odzyskała większość skradzionych rzeczy i zatrzymała na dworcu dwóch złodziei. Na rozprawę w tej sprawie zostałem wezwany w charakterze świadka. Co mnie uderzyło już na początku rozprawy, to to, że prowadząca sprawę młoda sędzia Iwona Konopka odnosiła się z nadzwyczajną uprzejmością do obydwu opryszków, natomiast mną zaczęła opryskliwie komenderować, pouczając, że usiadłem w złym miejscu i co powinienem robić. Ja to zmilczałem. Prowadząca rozprawę przystąpiła do sprawdzania personaliów oskarżonych. Wówczas jeden z nich oznajmił, że leczy się na chorobę alkoholową. Pani Konopka zareagowała natychmiast, zarządzając przerwanie rozprawy, podsądnego bowiem należy skierować do badania psychiatrycznego. Wtedy poinformowałem sąd, że chciałbym zgłosić wniosek. Miałem zamiar postulować umorzenie sprawy. Na co pani sędzia podniesionym głosem odpowiedziała: „Nie! Świadek nie ma prawa głosu!”. Zachowanie sędzi było sprzeczne z prawem, powinna bowiem pouczyć mnie, że mogę mieć prawo głosu, o ile zadeklaruję, że występuję jako oskarżyciel posiłkowy; kodeks postępowania karnego nakładał na nią taki obowiązek, którego ona nie dopełniła. A przecież ja występowałem na procesie nie tylko w charakterze świadka, ale także jako pokrzywdzony. Proces odbywał się w moim interesie. W tej sytuacji oznajmiłem, że dalej w tym procesie uczestniczył nie będę – wstałem i wyszedłem z sali. Potem odbyło się jeszcze dwadzieścia rozpraw, na które byłem wzywany. Ja, zgodnie z tym, co powiedziałem podczas pierwszej rozprawy, na żadną z nich się nie stawiłem. Co kilka rozpraw nakładano na mnie grzywny – w sumie ponad 6 tys. złotych. Za formalnie – choć nie merytorycznie – zasadną można uznać tylko pierwszą grzywnę – za odmowę zeznań. Późniejsze wzywanie mnie na kolejne rozprawy w sytuacji, gdy wyraźnie oświadczyłem, że zeznawał nie będę, oraz związane z tym kolejne grzywny traktuję jako szykany ze strony sądu. Takie postępowanie sądu jest również sprzeczne z kodeksem postępowania karnego, który stanowi, że jeżeli świadek odmawia zeznań, rozprawę można kontynuować na podstawie policyjnych protokołów zeznań świadka czy pokrzywdzonego. Kilka dni temu przyszedł do mnie komornik z sądowym nakazem ściagnięcia grzywny (po moich odwołaniach zmniejszonej przez sąd do wysokości 2,1 tys. złotych). „Czy zapłacę? Nie, nie zapłacę”. Już następnego dnia otrzymałem od komornika zawiadomienie, że na poczet spłaty grzywny i odsetek od niej będzie mi się potrącać jedną czwartą mojej emerytury. W tej sprawie zamierzam odwołać się do Rzecznika Praw Obywatelskich, ale jego możliwości w tej sprawie są raczej ograniczone. Jak oceniam całą tę sytuację? Rozprawę prowadziła młoda panienka, którą charakteryzowała arogancja i poczucie bezkarności. Odniosłem wrażenie, że w myśl polskiego prawa świadek to nie człowiek. Prawo chroni przestępcę. To on ma zagwarantowane prawa, których nie ma świadek. Pani Konopka działa w poczuciu, że może świadkiem pomiatać w dowolny sposób. To jeden aspekt sprawy, ale wcale nie najważniejszy. Najgorsze jest to, że sąd okręgowy stanął za nią murem – w kilku rozprawch odwoławczych (złożyłem cztery odwołania od decyzji sądu niższej instancji). Orzekały różne składy sędziowskie. Okazuje się jednak, że w tym przypadku środowisko sędziowskie utrzymuje wspólny front przeciw obywatelowi. Podejrzewam także, że ci ludzie, którzy prawdopodobnie znają moje krytyczne wobec polskiego sądownictwa wypowiedzi, postanowili mi tym razem dać nauczkę.

Nieprawidłowościom w działaniach sędziów towarzyszy brak pełnej za nie odpowiedzialności. Dotyczy to zarówno aktywności zawodowej – za uchybienia w której rozliczają się w ramach zawodowej korporacji – jak i działań pozasądowych. Ustawa „Prawo o ustroju sądów powszechnych” z lipca 2001 roku stanowi na przykład w artykule 81.: „Za wykroczenia sędzia odpowiada wyłącznie dyscyplinarnie”. W artykule 80. czytamy zaś: „Sędzia nie może być zatrzymany ani pociągnięty do odpowiedzialności karnej bez zezwolenia właściwego sądu dyscyplinarnego”; „O zatrzymaniu sędziego niezwłocznie powiadamia się prezesa sądu apelacyjnego właściwego ze względu na miejsce zatrzymania”. Otwiera się tu pole dla korporacyjnej solidarności. Sędziowie sami decydują o swojej odpowiedzialności. To wzmaga w nich poczucie wyższości i bezkarności.

Sympatie i antypatie polityczne

Durnia mamy za prezydenta” – powiedział w 2007 roku w TVN24 Lech Wałęsa. Komentując wypowiedź Lecha Kaczyńskiego, jakiej obecny prezydent udzielił francuskiej telewizji France24, (Lech Kaczyński stwierdził w wywiadzie, że prezydentura Aleksandra Kwaśniewskiego stanowiła mniejsze zagrożenie dla demokracji niż obecna działalność Lecha Wałęsy), Lech Wałęsa napisał na swojej stronie internetowej: „Jedno tu tylko słowo pasuje – s…syn”. Niedawno prokuratura umorzyła postępowanie w tej sprawie. Lech Wałęsa nie stanie przed sądem za obrazę głowy państwa. Katarzyna Seska, Rzecznik Prokuratury Okręgowej, oświadczyła: „Nie doszło do znamion czynu zabronionego” (cytaty za „Rzeczpospolitą” z 7 marca 2008 r.). Sprawa ta przypomina sławetny casus bezdomnego z Dworca Centralnego w Warszawie, Huberta H., którego policja miesiącami tropiła w całej Polsce, po tym gdy podczas legitymowania zelżył głowę państwa. Ostatecznie został on skazany na trzy lata więzienia z zawieszeniem wykonania wyroku na dwa lata. Ciekawe, ile lat więzienia – i czy w zawieszeniu – ten sam sąd wymierzyłby Lechowi Wałęsie.

Szczególny przypadek w procesach, w których na werdyktach sądowych może ważyć polityczne i światopoglądowe ukształtowanie sędziego, stanowią sądowe potyczki redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” Adama Michnika. Niemal wszystkie zwycięskie, choć wydawane w ich trakcie orzeczenia sądowe opierały się na kontrowersyjnych interpretacjach słów wypowiedzianych lub napisanych na jego temat. W przypadkach stanowczej krytyki jego osoby, Michnik stosuje strategię natychmiastowych ripost w postaci zawiadomień o popełnieniu przestępstwa. Dotychczasowe doświadczenia musiały upewnić go, że jest to skuteczna strategia odstraszająca adwersarzy.

W 2008 r. za nazwanie Adama Michnika „obrońcą agentów” Sąd Apelacyjny w Warszawie nakazał Andrzejowi Zybertowiczowi, profesorowi socjologii, publiczne przeprosiny za podanie nieprawdy i obciążył go grzywną w wysokości 10 tysięcy złotych do wpłacenia na cel społeczny. Ale czy profesor Zybertowicz nie użył tu myślowego skrótu i szyderczej przenośni, obejmującej setki wypowiedzi Adama Michnika surowo piętnujące proces lustracji i metody działania Instytutu Pamięci Narodowej? W reakcji na werdykt sądu „Rzeczpospolita” opublikowała list otwarty, podpisany przez ponad 5 tys. osób będący wyrazem solidarności z Andrzejem Zybertowiczem oraz domagający się rozstrzygania spornych kwestii ideowych na drodze publicznej debaty, w miejsce stosowania sądowego straszaka.

Podobne werdykty zapadały w innych sprawach. Chodziło o słowa. Publicystyczne sformułowania, które wymagają wyrazistości, a nie obwijania prawdy w bawełnę, były przez sądy z reguły interpretowane dosłownie. Adam Michnik nie występował w sądach jako adwokat funkcjonariuszy SB czy tajnych współpracowników SB. A jednak swoją publicystyką na łamach bardzo wpływowego dziennika o wielkim nakładzie miał wpływ na losy lustracji i świadomość wielu ludzi w Polsce. Tego sądy różnych instancji na ogół uwzględnić nie chciały. W roku 2006 Adam Michnik pozwał Rafała Ziemkiewicza za stwierdzenie, że Adam Michnik “robił wszystko, abyśmy nie poznali nazwisk komunistycznych zbrodniarzy”. I proces wygrał. W roku 2007 Michnik pozywał Jarosława Gowina za słowa: “Pamiętam, jak wiele lat temu za poparcie idei lustracji zostałem przez Michnika nazwany faszystą”. Sąd ustalił, że w tekście, na który powoływał się Jarosław Gowin, Michnik nie użył słowa „faszysta”, lecz postawę Gowina porównał do apartheidu. Werdykt z 2008 roku i tym razem był korzystny dla Michnika (słowo nie to, więc Gowin mówił nieprawdę). W roku 2007 Adam Michnik wytoczył proces Robertowi Krasowskiemu, wówczas redaktorowi naczelnemu „Dziennika” za stwierdzenie, że „poświęcił jedną trzecią życia na obronę byłych ubeków”. Jeszcze w 2007 r. sąd wydaje orzeczenie korzystne dla Michnika. Wyrok nie uprawomocnił się.

Innym ciekawym przypadkiem podobnego rodzaju było dwurundowe starcie sądowe publicysty „Polityki” Jacka Żakowskiego z tygodnikiem „Wprost”. W roku 2004 w „Polityce” ukazał się wywiad Jacka Żakowskiego ze Sławomirem Smołokowskim, współwłaścicielem spółki J&S, głównego dostawcy ropy na polski rynek. W mediach firmę tę wymieniano często w kontekście afery paliwowej. Tygodnik “Wprost”, który już wcześniej krytycznie pisał o firmie J&S, opublikował w związku z wywiadem trzy teksty, w których sugerował związki Żakowskiego z J&S i korzyści, jakie mogła z wywiadu odnieść „Polityka”, a także że do wywiadu doszło dzięki znajomości Żakowskiego z Piotrem Najsztubem, który świadczył J&S usługi pijarowskie.
Żakowski zareagował na łamach „Polityki” artykułem „Śledztwo we własnej sprawie, czyli jak zostałem agentem”.

We wrześniu 2006 r. warszawski Sąd Okręgowy orzekł, że tygodnik “Wprost” zniesławiał Żakowskiego i „Politykę”. Niezwykle ciekawa i charakterystyczna jest uwaga, jaką podczas odczytywania uzasadnienia wyroku poczyniła sędzia Kuracka. Stwierdziła ona: „Miesza się z błotem autorytety, nie mając dowodów, własne słabości próbuje się nadrobić atakiem, by zwrócić uwagę na siebie”. Tym samym sędzia jednoznacznie poinformowała, kto dla niej jest autorytetem. A autorytety zawsze mówią prawdę.

Tygodnikowi „Wprost” rewanż nie udał się. Sąd Apelacyjny w Warszawie oddalił apelację „Wprost” od wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie, który w 2007 r. oddalił jego powództwo przeciw redaktorowi naczelnemu “Polityki” Jerzemu Baczyńskiemu. We wspomnianym tekście Żakowskiego znalazło się stwierdzenie, że „Wprost” należy do pism, „które z kłamstwa oraz insynuacji zrobiły biznes i narzędzie załatwiania własnych porachunków”. Sędzia Zofia Markowska stwierdziła w uzasadnieniu wyroku m.in., że słowa Żakowskiego nie stanowią „nieuzasadnionej generalizacji” (co podnosiła strona powodowa), gdyż „Polityka” piórem Żakowskiego odniosła się do konkretnej sprawy. Jak się Państwu podoba takie wyjaśnienie?

Wydawało się, że po kieszeni dostanie także Jerzy Robert Nowak, który w październiku 2007 r. na łamach „Naszego Dziennika” opublikował tekst, w którym znalazło się zdanie na temat przeszłości Stefana Niesiołowskiego: „ciągle przedstawia się go jako rzekomego herosa opozycji antykomunistycznej. Jest to w sprzeczności z faktem, że był na liście Milczanowskiego oraz tym, że po uwięzieniu za udział w nielegalnym >>Ruchu<< zaczął na wszystkich sypać zaraz pierwszego dnia po uwięzieniu”. Pozew Niesiołowskiego przeciw autorowi tekstu trafił do Sądu Rejonowego Warszawa-Śródmieście. Pod nieobecność obwinionego (który nie został prawidłowo przez sąd poinformowany o dacie i miejscu rozprawy), sąd uznał racje Niesiołowskiego i wymierzył profesorowi Nowakowi grzywnę w wysokości 3 tys. złotych. Rozprawa jednak została unieważniona z uwagi na wspomniane błędy formalne. Tak czy inaczej werdykt sądu musi budzić głębokie zdumienie. Słusznie czy nie, Stefan Niesiołowski został umieszczony na tzw. liście Milczanowskiego. Aresztowany został w dniu 20 czerwca 1970 roku. Faktem jest, że zeznania obciążające najbliższych współpracowników – w tym własnego brata Marka – złożył dzień później, tj. 21 czerwca. W protokole przesłuchania w KM MO w Łodzi, prowadzonego przez porucznika Dariusza Borowczaka, znajdujemy cytat z zeznań Niesiołowskiego: „Przyznaję się do winy w przedmiocie przedstawionego mi zarzutu i wyjaśniam, co następuje: …” . Następnie w protokole widnieje dopisek następującej treści: „(tu padają nazwiska najbliższych i przyjaciół, brata Marka, Andrzeja i Benedykta Czumów, Andrzeja Woźnickiego)”. Portal Niezalezna.pl jako pierwszy dotarł do protokołów przesłuchań Stefana Niesiołowskiego z 1970 roku. Protokoły można pobrać tutaj: http://www.niezalezna.pl/article/show/id/12385. A zatem Jerzy Robert Nowak pomylił się o 24 godziny. Tylko to wystarczyło sądowi, by uznać go winnym naruszenia dóbr osobistych Stefana Niesiołowskiego.

Pro domo sua

15 lipca pobity został rekord w nękaniu „Gazety Polskiej” przez sądy i prokuraturę. W tym dniu Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny tygodnika, odebrał aż trzy wezwania na przesłuchania w prokuraturze. Pierwsze z nich nakazuje naczelnemu „GP” stawienie się na przesłuchanie w tym samym dniu – 15 lipca (przed południem)! Równocześnie wezwanie zawiera groźby – w przypadku niestawienia się – nałożenia kary pieniężnej oraz przymusowego doprowadzenia do prokuratury. Drugie wezwanie wzywa Tomasza Sakiewicza do „podania składu osobowego redakcji” z okresu, gdy w „GP” opublikowany został będący przedmiotem dochodzenia artykuł. Prokuratura żąda ponadto, aby Tomasz Sakiewicz ujawnił autora tej publikacji kryjącego się pod inicjałami „ZP”. Mamy więc tutaj próbę naruszenia tajemnicy dziennikarskiej, zagwarantowaną w Prawie Prasowym (art. 15: „Autorowi materiału prasowego przysługuje prawo zachowania w tajemnicy swego nazwiska”; „Dziennikarz ma obowiązek zachowania w tajemnicy:
1. danych umożliwiających identyfikację autora materiału prasowego, listu do redakcji lub innego materiału o tym charakterze, jak również innych osób udzielających informacji opublikowanych albo przekazanych do opublikowania, jeżeli osoby te zastrzegły nieujawnianie powyższych danych”
). „Ciekawe, co by się działo, gdyby jednego dnia trzy wezwania do prokuratury dostał np. Adam Michnik? Jaką burzę wywołałoby to w największych gazetach, w telewizji i wśród organizacji broniących wolności obywatelskich?” – skomentował tę sytuację Tomasz Sakiewicz.

Co z tym wszystkim począć?

Co zrobić, aby było sprawiedliwiej, mniej ideologicznie, mniej po PRL-owsku?

Po pierwsze, należy jak najszybciej usunąć z wymiaru sprawiedliwości wszystkich sędziów i prokuratorów, którzy nagannie zachowywali się w okresie PRL – w procesach politycznych odgrywali aktywną, zgodną z linią partii komunistycznej rolę. Ich ciągła obecność w sądach i prokuraturze sprzyja przenoszeniu do teraźniejszości starych praktyk.

Po drugie, należy wyłączyć odpowiedzialność dyscyplinarną sędziów (ale także wszystkich innych grup zawodowych) spod jurysdykcji korporacyjnej. Stowarzyszenie Ius et lex proponuje utworzenie instancji dyscyplinarnej złożonej z osób powyżej 50 lat, delegowanych ze wszystkich korporacji. Byliby to sędziowie dożywotni, bez prawa powrotu do własnej korporacji.

Po trzecie, przebudować system awansu zawodowego sędziów w taki sposób, aby jak najściślej odzwierciedlał on zasób zgromadzonego przez nich doświadczenia zawodowego i życiowego. W ten sposób wyżyny kariery zawodowej – a tym samym największą władzę w sądownictwie – osiągaliby ludzie doświadczeni i stateczni.

Po czwarte, umożliwić opinii publicznej współmodelowanie wymiaru sprawiedliwości. Być może posłużyłyby temu bezpośrednie wybory sędziów sądów niższej instancji albo/i prezesa Sądu Najwyższego.

Po piąte - to już zadanie dla polityków, mediów i organizacji społecznych – przeciwdziałać przejawom ideologizacji sądownictwa i procesu kształcenia przyszłych sędziów. Bez tego nawet najsprawniejsze sądy zamiast sprawiedliwie sądzić i karać mogą się z bandytami pieścić, a nami pomiatać.

Po szóste, należy na śmietnik wyrzucić zabobon upowszechniany przez środowiska prawnicze – że werdyktów sądowych się nie ocenia. Nie ma żadnych racjonalnych wskazań, aby tego nie robić. Przeciwnie. Wolne media mają obowiązek monitorować działania także trzeciej władzy. Nie ma powodu, aby właśnie jej przyznawać szczególne przywileje. Są natomiast powody, aby uważnie przyglądać się jej pracy.


Krytyka wyroków sądowych nie jest godzeniem w niezawisłość sędziowską. Nadmiar prawa prowadzi do patologii w zarządzaniu państwem - Profesor Bronisław Ziemianin
Tematy w dziale dla inteligentnych:

ARTYKUŁY - do przemyślenia z cyklu: POLITYKA - PIENIĄDZ - WŁADZA

Polecam sprawy poruszane w działach:
SĄDY PROKURATURA ADWOKATURA
POLITYKA PRAWO INTERWENCJE - sprawy czytelników

"AFERY PRAWA"
Niezależne Czasopismo Internetowe www.aferyprawa.com redagowane przez dziennikarzy AP i sympatyków z całego świata których celem jest PRAWO, PRAWDA SPRAWIEDLIWOŚĆ DOSTĘP DO INFORMACJI
ORAZ DOBRO CZŁOWIEKA

uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres: afery@poczta.fm - Polska
redakcja@aferyprawa.com
Dziękujemy za przysłane teksty opinie i informacje.

WSZYSTKICH INFORMUJĘ ŻE WOLNOŚĆ WYPOWIEDZI I SWOBODA WYRAŻANIA SWOICH POGLĄDÓW JEST ZAGWARANTOWANA ART 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ.

zdzichu

Komentarze internautów:

Komentowanie nie jest już możliwe.

~Sędzia
07-09-2012 / 09:22
Takiej mafii to Włosi nie widzieli-gdyby do nas przyjechali to to co robią skorumpowani sędziowie -prokuratorzy i policjanci wprawiło by ich w osłupienie.