Czy szef katowickiej Prokuratury Okręgowej złamał ustawę o prokuraturze, nakazując swemu podwładnemu wycofanie się z decyzji o przedstawieniu zarzutów wiceministrowi finansów?
 
Doświadczenia prokuratorowi Krzysztofowi Kołaczkowi odmówić nie można. Kołaczek ma 60 lat, jest osobą znaną w środowisku związanym ze śląskim wymiarem sprawiedliwości. Przed 1990 r. pracował w prokuraturze rejonowej w Rudzie Śląskiej, potem przez trzy lata był referentem w wydziale śledczym ówczesnej prokuratury wojewódzkiej. W latach 1993-95 kierował tym wydziałem, a od lutego 1995 był zastępcą szefa prokuratury; m.in. sprawował nadzór nad postępowaniem sądowym i przygotowawczym.
 
W ubiegłym roku został szefem Prokuratury Okręgowej w Katowicach. To rekordzista, bo przez 14 lat był wiceszefem tej prokuratury, a od grudnia 2009 roku pełnił obowiązki jej szefa. Kołaczkowi powierzono obowiązki szefa katowickiej prokuratury, po odwołaniu ze stanowiska prok. Ewy Zuwały. 
 
W latach 90. ubiegłego stulecia prok. Kołaczek był zaangażowany w prowadzone w Katowicach głośne śledztwa, m.in. w sprawie domniemanej korupcji w poznańskiej policji, tzw. afery cukrowniczej oraz w aferach związanych z górnictwem. Od 2000 r. jest prokuratorem Prokuratury Apelacyjnej.
 
W tym życiorysie profesjonalisty brak jednak kilku spraw, o których prokurator Kołaczek wolałby zapewne zapomnieć. Tak jak o sprawie Bożeny Cząstki, filologa i językoznawcy z Katowic, która w latach 80. była inwigilowana przez SB w ramach prowadzonej w latach 1984-86 sprawy „Grupa”. Esbecja objęła nią pracowników Uniwersytetu Śląskiego oraz robotników Huty Pokój. Kołaczek był prokuratorem w Rudzie Śląskiej, który aresztował B. Cząstkę w 1984 roku.
 
- Pamiętam Kołaczka jako cynicznego prokuratora, który za wszelką cenę chciał się wykazać wykryciem zorganizowanej grupy opozycyjnej. Trafiłam do aresztu na kilka tygodni właśnie na jego wniosek. Do rozprawy w sądzie nie doszło, gdyż objęła nas amnestia. Gdyby nie ona, to mogliśmy trafić do więzienia na kilka lat. Ten areszt zaważył na całym moim życiu, bo nie zostałam wtedy na uczelni i moja kariera zawodowa potoczyła się inaczej - mówi dr Bożena Cząstka-Szymon.
 
Inne postępowania, w których występuje prokurator Krzysztof Kołaczek, to m.in. sprawa zatrzymania przez patrol MO wiosną 1982 roku czterech osób, podczas malowania haseł na ścianach budynków w Sosnowcu. Białą farbą namalowano znaki „Polska Walcząca” i napisy „KPN” oraz „Precz z partią”.
 
W procesie, prowadzonym zgodnie z przepisami stanu wojennego w trybie doraźnym, zapadły wysokie wyroki. Zbigniew Antosik i Mirosław Marciniak zostali skazani na półtora roku pozbawienia wolności oraz grzywny po 10 tysięcy zł. Jerzy Olszewski i Roman Tolka – na 9 miesięcy więzienia.
 
Działacze śląsko-dąbrowskiej „Solidarności” pamiętają także prokuratora Kołaczka z czasów tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego – z okresu „karnawału Solidarności”.
 
Trochę historii: 27 X 1981 na placu przed główną bramą do KWK "Sosnowiec" około południa niezidentyfikowani sprawcy wyrzucili z samochodu osobowego trzy fiolki z gazem, z których dwie pozostały nieuszkodzone, zaś z jednej zaczął się wydobywać niewidoczny, ale mocno gryzący gaz. W ciągu kilku godzin z objawami zatrucia do szpitala trafiło ponad sześćdziesiąt osób – w większości pracowników kopalni, a także mieszkańców pobliskich bloków, w tym kilkoro dzieci.
 
Całe zajście miało związek z wyznaczoną na ten sam dzień przed Sądem Rejonowym rozprawą przeciwko Wojciechowi Figlowi i siedmiu innym działaczom „S” z KWK Sosnowiec, którzy podczas strajku ostrzegawczego 7 VIII 1981 ze względów bezpieczeństwa odizolowali od załogi, dyrekcję kopalni, sekretarza POP PZPR i przewodniczącego Rady Zakładowej ZZG. Następnie usunęli umieszczoną na kopalnianym szybie pięcioramienną czerwoną gwiazdę.
 
Jeszcze w tym samym dniu załoga kopalni „Sosnowiec” ogłosiła strajk okupacyjny, żądając oczyszczenia skażonego miejsca i przybycia przedstawicieli władz. Stan niepewności o zdrowie i życie poszkodowanych utrzymywał się do nocy. Dopiero po północy okazało się, iż gaz z fiolki (dodawany w niedużych ilościach do gazu ziemnego czterohydrotiofen) był niegroźny dla życia.
 
Cała sprawa nabrała jednak dużego rozgłosu, o prowokacji pisały zagraniczne agencje i służby informacyjne „Solidarności”. 3 XI 1981 na biurkach najważniejszych dygnitarzy partyjnych w kraju znalazł się specjalny raport poświęcony zajściom w kopalni Sosnowiec. Protest trwał kilkanaście dni i zakończony został dopiero 12 XI 1981, po wielu negocjacjach, wizycie w kopalni Lecha Wałęsy oraz po wyemitowaniu w TVP konferencji prasowej z udziałem przedstawicieli strajkujących górników.
- Pamiętam, że śledztwo w tej sprawie prowadził młody prokurator z Rudy Śląskiej, nazwiskiem Kołaczek. Musiał cieszyć się dużym zaufaniem swoich przełożonych, skoro powierzono mu tak drażliwą politycznie sprawę. Po kilku tygodniach sprawę umorzono z powodu niewykrycia sprawców – wspomina działacz „S” z Sosnowca, który nawet dzisiaj prosi o anonimowość.
 
W poniedziałek w Prokuraturze Okręgowej w Katowicach pojawił się rzecznik rządu Paweł Graś. Jest świadkiem w śledztwie dotyczącym należności podatkowych Rafinerii Trzebinia. Prokuratorzy z Katowic badają, czy „nie doszło do przekroczenia uprawnień i działania na szkodę interesu publicznego przez funkcjonariuszy publicznych, w związku z wydaniem przez dyrektora Urzędu Kontroli Skarbowej w Krakowie wyników kończących postępowanie kontrolne w Rafinerii Trzebinia”.
 
Według portalu Tvn24.pl został wezwany na przesłuchanie, bo prokurator prowadzący śledztwo prawdopodobnie z billingów odkrył, że obecny rzecznik rządu kontaktował się z wiceministrem finansów Andrzejem Parafianowiczem pod koniec sierpnia 2008 roku.
„Wtedy do siedziby krakowskiego UKS przyjechał pracownik z Ministerstwa Finansów z dekretem odwołującym dyrektora Mariusza Piątkowskiego i powołującym nowego dyrektora Henryka Surowca. Posłaniec zeznał, że z misją wysłał go wiceminister Parafianowicz. Jednak do odwołania dyrektora nie doszło. Pracownik resortu zeznał, że zadzwonił do niego wiceminister i kazał wracać do Warszawy bez wręczenia dekretu” - napisał tvn24.pl.
„Po wizycie posłańca z resortu dyrektor Piątkowski zmienił decyzję w sprawie Trzebini (ostatecznie ogłoszono ją 27 listopada 2008 roku). Firma nie musiała zapłacić gigantycznej akcyzy w wysokości 900 mln zł. Wcześniej zapewniał prokuratorów walczących z mafią paliwową, że to Trzebinia jako wytwórca paliw musi zapłacić akcyzę” - podał portal.
Zarzuty przekroczenia uprawnień prokurator Rafał Nagrodzki z wydziału PZ katowickiej „okręgówki” zamierzał kilkanaście dni temu postawić A. Parafianowiczowi.
Chodziło o odstąpienie od doręczenia aktów nominacji nowego dyrektora UKS i odwołania poprzedniego. Jednak postanowienie Nagrodzkiego o przedstawieniu zarzutów z 14 marca uchylił 22 marca Krzysztof Kołaczek, szef prokuratury okręgowej w Katowicach, uznając tę decyzję za przedwczesną.
 
I tu zaczyna się seria pytań. Otóż prokurator Kołaczek zdaniem moich rozmówców nie miał prawa takiej decyzji podjąć. Dlaczego? Wyjaśnia to „Ustawa o prokuraturze”.
 
Wynika z niej, że:
Art. 8. 1.  Prokurator przy wykonywaniu czynności określonych w ustawach jest niezależny, z zastrzeżeniem przepisów ust. 2 oraz art. 8a i 8b.
2.  Prokurator jest obowiązany wykonywać zarządzenia, wytyczne i polecenia przełożonego prokuratora. Zarządzenia, wytyczne i polecenia nie mogą dotyczyć treści czynności procesowej.
3.  Zarządzenia i wytyczne dotyczące konkretnie oznaczonej sprawy oraz polecenia są włączane do akt sprawy.
oraz
Art. 8a. 1.  Prokurator bezpośrednio przełożony uprawniony jest do zmiany lub uchylenia decyzji prokuratora podległego. Zmiana lub uchylenie decyzji wymaga formy pisemnej i jest włączana do akt sprawy.
Art. 8b. 1. Prokurator przełożony może powierzyć podległym prokuratorom wykonywanie czynności należących do jego zakresu działania, chyba że ustawa zastrzega określoną czynność wyłącznie do jego właściwości.
 
Tyle przepisy. Ich interpretacja powinna być jednakowa. Decyzje też, ale tak nie jest.
                                                                                                                                
- Podjęcie takiej decyzji przez doświadczonego prokuratora, za jakiego uważany jest Kołaczek, jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Zgodnie z ustawą o prokuraturze, przełożony może zmienić lub uchylić decyzję śledczego. Jednak nie dotyczy to postanowienia o przedstawieniu zarzutów. Według niej szef, który uzna, że nie ma podstaw do postawienia zarzutów, powinien przejąć sprawę i umorzyć postępowanie przeciwko danej osobie – mówi  Małgorzata Bednarek, szefowa Stowarzyszenia Prokuratorów „Ad Vocem”. 
- Po uchyleniu decyzji o przedstawieniu zarzutów obrońcy podejrzanego mogliby wskazywać, że doszło do quasi-umorzenia postępowania przeciwko osobie. Zgodnie z przepisami po upływie sześciu miesięcy, ponowne przedstawienie jej zarzutów byłoby niedopuszczalne i sprawy nie ma
– wyjaśnia M. Bednarek.
– Jeżeli tak było, to kwalifikuje się to do postępowania dyscyplinarnego – dodają inni podwładni prokuratora okręgowego.