Imieniny:

AferyPrawa.com

Redaktor Zdzisław Raczkowski ujawnia niekompetencje funkcjonariuszy władzy...
http://Jooble.org
Najczęściej czytane:
Najczęściej komentowane:





Pogoda
Money.pl - Kliknij po więcej
8 grudnia 2019
Źródło: MeteoGroup
Polskie prawo czy polskie prawie! Barwy Bezprawia

opublikowano: 26-10-2010

AFERY PRAWO MIROSŁAW NALEZIŃSKI BŁĘDY I WPADKI KACZKI DZIENNIKARSKIE W GAZETACH I TVP TVN POLSAT

Media w Polsce i na świecie - lipcowy cykl krytyczno-informacyjny Mirosława Nalezińskiego

www.mirnal.neostrada.pl

Czy Gdynia będzie pierwsza?
Jadę trolejbusem *23* ulicą Świętojańską w kierunku Sopotu i na wysokości stacji SKM Wzgórze Świętego Maksymiliana konstatuję, że o tej porze powinien tędy jechać autobus *134*. I istotnie, ów wóz stoi w zatoczce i rusza, nim trajtek w niej stanął. Przy Harcerskiej kolejny pech, bowiem *134* zdążył przejechać zebrę, zaś mój *23* stanął na czerwonym. Ale wodzę łakomym wzrokiem za zadem *134*, który stanął na światłach przy Redłowskiej, aby skręcić tamże, czyli w lewo. I trolejbus dogonił go - stoimy społem na czerwonym świetle. Sytuacja jest niemal beznadziejna, ale teoretycznie jeszcze do wygrania. Po włączeniu zielonego oczka, mój *23* rusza i zaraz staje na przystanku, na który wysypuje się towarzystwo marzące o spokojnej przesiadce na stojący *134*, zaś onże ciągle stoi na skrzyżowaniu mrugając "w lewo" (zablokowany przez strumień pojazdów jadących od strony Sopotu ku centrum Gdyni). Jednocześnie przesiadkowi pasażerowie mają czerwone światło i niecierpliwie czekają na zielone, co umożliwiłoby przejście (a właściwie przebiegnięcie) i zdążenie na *134*.
Przez moment kierowca obserwuje zaistniałą sytuację i widzi nerwowo przestępujących na obu kończynach potencjalnych swych klientów. Gdyby miał premię płaconą wg liczby przewiezionych pasażerów, albo gdyby tak owi ludkowie zdjęli kapelusze lub klęknęli... Niestety, ludek hardy, zaś zmiana świateł ciągnie się w nieskończoność, co skrupulatnie wykorzystuje obserwowany autobus skręcający w końcu w lewo, bowiem sznur aut z przeciwka, niestety (dla nas) się urwał. Wysypują się ludziska na przystanek, oczekujący wsiadają i wówczas dopiero włącza się zielona lampka dla zainteresowanych tymże autobusem. Cóż jednak z tego, skoro pojazd rusza z miejsca zostawiając w tyle zainteresowanych nim parę osób... Z powodu nieskoordynowanej akcji świateł i pojazdów, poczekają sobie parę minut na następny pojazd. Przecież to nie koniec świata, zwłaszcza że jest lato, jednak jesienią albo zimą sprawa bywa identyczna; ale pogoda jest wówczas cokolwiek paskudniejsza.
Cóż można uczynić w III tysiącleciu, w dobie komputerów, internetu, lądowania na Marsie? Pytanie do grupy wysoko kształconych menadżerów zajmujących się problemami komunikacji miejskiej. ZKM Gdynia pewnie uważa, że niewiele można, a jeśli już, to stosuje podpatrzone pomysły rodem z Zachodu. Niżej podpisany już pół roku temu pisał do owej szlachetnej instytucji i proponował pewne nowatorskie a tanie rozwiązanie. A na pewno przyjazne dla pasażerów - klientów kasujących bilety jednorazowe oraz posiadających od wielu lat bilety miesięczne. W interesach uważa się: "klient - nasz pan!". Czyż nie można liczyć na lepsze traktowanie przewożonej klienteli? A 'lepsze', to obecnie nie tylko kulturalniejsi kierowcy, nowocześniejsze pojazdy i kamery w nich zainstalowane. Za kilkaset złotych Gdynia ma szansę mieć pierwszy (może i w całej naszej galaktyce) przyjazny przystanek (choćby na opisanym skrzyżowaniu).
Na czym polega pomysł? Otóż pasażerowie oczekujący na zielone światło umożliwiające przepisowe a spokojne przejście przez zebrę do przystanku znajdującego się parę metrów za owym pasiastym wynalazkiem, mieliby do dyspozycji przycisk zamontowany na słupku sygnalizacji świetlnej. Pasażer unieruchomiony przez czerwone światło a obserwujący skręcający "jego" autobus, nacisnąłby guziczek i na wiacie zapaliłoby się pulsujące światełko (np. w kolorze błękitnym). Byłby to znak dla kierowcy, że parę - równie sympatycznych, co on - osób oczekuje na jego miły gest, polegający na przedłużeniu postoju prowadzonego przez niego pojazdu, który powinien poczekać na osoby wypatrujące zmiany koloru świateł.
Doprawdy, przedłużenie rejsu wozu komunikacji miejskiej trwałoby od kilkunastu sekund (jak w opisanym przykładzie) do może niecałej minuty (przy oczekiwaniu na zmianę pełnego cyklu sygnalizacji świetlnej), zatem średnio ok. pół minuty i nie dotyczy każdego przystanku. Czy ZKM jest w stanie zafundować taki rarytas swoim pasażerom? Przecież wydaje miliony złotych na nowe wiaty, kamery, monitory telewizji reklamowej. Dodam, że aby zainstalować proponowany system, nie trzeba ryć nawierzchni jezdni, ponieważ są dostępne tanie urządzenia (typu bezprzewodowy dzwonek: naciskasz klawisz u drzwi a gong gra głośne i światowe przeboje w mieszkaniu nachodzonym przez natręta*). Malkontenci wówczas malkontencili, że niedobrzy nasi rodacy będą złośliwie naciskać te guziczki. Jednak są już sygnalizatory świetlne uruchamiane przez przechodniów. Są także słupki alarmujące Policję. Mamy także przyciski do wind i do mieszkań. Czy z powodu nieodpowiedzialności niektórych obywateli demontowane są wymienione przyciski?
W tej sprawie już pół roku temu (wówczas opisałem podobny problem - skręt w prawo od strony Sopotu; również na tym samym przejściu) zwróciłem się do ZKM Gdynia i nawet dostałem sympatyczną i obiecującą odpowiedź. Zatem - co dalej "w tym temacie", Szanowna Firmo?
* - obawiam się, że właśnie w ten sposób traktowane są takie pomysły przez niemal wszystkie instytucje; oczywiście istnieje cała szkoła udzielania sympatycznych a spławiających odpowiedzi (flisacy mogliby się sporo nauczyć)

Dziwolągi komunikacji potocznej
Poradnia Językowa przypomina (5 lipca 2008), że od 1966 w Polsce obowiązuje międzynarodowy układ jednostek miar SI. Pamiętam, ponieważ wówczas w podręcznikach z fizyki zaczęto stosować ten układ. Jako absolwent liceum ogólnokształcącego oraz politechniki wiem, że dkg zarzucono na rzecz dag. Niejednokrotnie się czepiałem mediów (także na mojej witrynie), bowiem na ekranach telewizyjnych oraz w prasie, stosowano dawny skrót dkg. Sądzę, że każdy Polak, który kończy szkołę podstawową, musi wiedzieć, że skrótem jest jednak dag. A przecież dziennikarze i poloniści to osoby pobierające nauki przez co najmniej kilkanaście lat. Zresztą o poruszanej sprawie powinni wiedzieć niezależnie od przykładania się do nauki, bowiem jest to jest kwestia wiedzy ogólnej.
Jakież było moje zaskoczenie, kiedy przeczytałem w wyjaśnieniu (fragment):
Najważniejszy powód (i wystarczający) to potrzeba międzynarodowej normalizacji terminologii, ponieważ horyzont nauki jest globalny. Tam, gdzie tej potrzeby nie ma, skrót tradycyjny może bez przeszkód funkcjonować. Skrótu dkg można w takim razie używać w komunikacji potocznej, przecież nikt nie zamierza zabraniać sprzedawcom podawania cen w dekagramach skracanych jako dkg. Podsumowując: nic nie stoi na przeszkodzie, by - odpowiednio do okoliczności - używać obu skrótów.
Przecież nie chodzi o zabranianie (a to kojarzy się z karaniem), ale o informację, że w ten sposób nie należy skracać. Każdy Polak (w tym dziennikarz, polonista i sprzedawca) powinien wiedzieć, że obowiązuje skrót dag. Wobec sprzedawców nie ma potrzeby stosować taryfy ulgowej, chyba że potraktujemy tę grupę... ulgowo. To są ludzie, którzy pokończyli szkoły i powinni wiedzieć, że od niemal półwiecza obwiązuje pisownia dag. Jeśli nie pamiętają, to należy im to przypominać. Także nie ma złp (jest ), wielu pisuje błędnie tyś. (zamiast tys.). Jeśli handlowiec nie widzi błędów w omawianych skrótach, to zapewne miał kiepskich nauczycieli, którzy nie zwrócili mu uwagi na te wyrazy. Zresztą, jaki ma sens puszczanie oka do ludzi - oficjalnie piszcie dag, ale potocznie (na wydrukach, przepisach kulinarnych, w odręcznych zapiskach) piszcie sobie dkg? W raportach widuje dag, zaś na stoisku pisuje dkg? I dodatkowy kurs z zakresu odróżniania sytuacji górnej półki od niższej (słownictwo utrzymane w branży handlowej), czyli poruszanie się w dwóch standardach?
Przecież to niczym nieuzasadnione dziwactwo. Podobnie zresztą, jak stanowisko polonistów - na podwórku możemy wołać "podaj tą piłkę", zaś przed kamerą mamy artykułować "podaj tę piłkę". A komu ma służyć ten dualizm?! Dzieci obcują z dwoma stanowiskami - oficjalnym oraz potocznym i uczą się od małego, że w niewielkim środowisku możemy mówić inaczej, niż w większej zbiorowości. Są ludzie, którzy w ścisłym gronie mawiają o pedałach, asfaltach, małpach w czerwonym i o zbędnych dziadach, ale doskonale wiedzą, że na szerszym forum należy wysławiać się całkiem inaczej, ponieważ nie wypada a nawet można mieć kłopoty. Kwitnie zatem partyzantka tematyczna, zaś Poradnia Językowa namawia nas do partyzantki językowej... Jeśli ta pierwsza ma jeszcze jakiś sens, to druga jest całkowicie bezsensowna. Niemal każdy obgaduje kolegów, szefów i polityków, natomiast tego w oczy raczej im się nie mówi, chyba że nie ma zbytnich zależności służbowych i wówczas wstępuje w nas demon odwagi... Jednak im mniej takich wpajanych nam dziwactw komunikacji potocznej, tym lepiej. Skrótem jednostki masy dekagram jest dag i nie ma żadnego usprawiedliwienia dla osób piszących dkg.
Oczywiście, jest wielu ludzi, którzy nie uznają zastanej rzeczywistości a nawet chcą ją zmienić i piszą np. emajlować, grylować oraz Dublin (i tak wymawiają). Ale jeśli czynią to w ramach świadomej walki o zmiany w słowniku języka polskiego, to tolerancyjni rodacy powinni im wybaczyć tę zawziętość w demokratycznej Polsce (bywa, że mniejszość może mieć rację). Jeśli jednak coś czynimy z niewiedzy, to należy "dać po łapkach", nie zaś usprawiedliwiać. No bo według profesora udzielającego porady - dziennikarz, nauczyciel czy sprzedawca może sobie pisywać w notatkach, na tablicy lub na straganie dkg, natomiast "na szerszych wodach" jedynie dag. Cóż za bezsensowne stanowisko i jakże szkodliwe dla nauki, wychowania i etyki. Totalny bezsens! Jakże to - dla mądrali pisać dag, zaś dla inteligentnych inaczej - dkg? Z takim podejściem należy walczyć, nie zaś przymykać oko!
Zamiast dziwacznego usprawiedliwiania pisowni dkg, może szanowni poloniści zmienią bezsensowną pisownię min (bez kropki) na min. (minuta; podobnie minister, ministerstwo; konsekwentnie jak godz., tydz. itp.).
Błąd popełniono już przy ustalaniu pierwszego skrótu, czyli dkg. Przecież d to 'decy', zatem ów skrót to... decykilogram i oznacza masę 100 gramów (1/10 kilograma) a przecież chodzi nam o 10 gramów (właśnie tenże 1 dag).
Odwołajmy się do zasady przyjazności - jeśli ktoś pisze dkg, to zwróćmy mu uprzejmie uwagę, że to niewłaściwy skrót; jeśli ktoś tak pisze na znak protestu, to raczej szkoda dyskusji, ale (na Boga!) nie usprawiedliwiajmy niewiedzy konstatacją "nic nie stoi na przeszkodzie, by - odpowiednio do okoliczności - używać obu skrótów"!
Czekamy teraz na wyjaśnienie następnej sprawy - czy decymetr możemy skracać jako dcm, czy jednak (poprawnie) dm. Który ze "światłych" polonistów podejmie się przekonać nas, że na szerszym forum należy pisać dm, ale pośród rozumnych inaczej, można (jak dawniej) - dcm. Przecież dcm to... decycentymetr, czyli jedna dziesiąta centymetra (jeden milimetr), podczas gdy myślimy o jednej dziesiątej metra (sto milimetrów). Mamy także decylitr (1/10 litra, czyli 100 centymetrów sześciennych) oraz inne "decyjednostki".
Jeśli przyjąć jednostkę głupoty i nazwać ją przesympatycznie cymbał (w skrócie cb), to decycymbał (10 razy mniejszy cymbał) oznaczymy przez dcb, (nie dccb), natomiast dziesięciokrotnie większy cymbał (od przyjętej podstawowej jednostki 1 cb), to dacb (nie dkcb). A te nieporozumienia wynikły, ponieważ deka kiedyś niefortunnie skrócono jako dk (teraz da) oraz decy skrócono jako dc (teraz d). W języku funkcjonuje także potoczne deko (trochę) oraz deczko (troszeczkę).
Nawiązując do ostatniego zdania omawianej porady - a jakież to okoliczności mogłyby usprawiedliwiać stosowanie dwóch omawianych skrótów? Suma podobnych usprawiedliwień w stosunku do zwykłych obywateli, jak również do biznesmenów i polityków, powoduje, że państwa należące do byłych demoludów a oceniane kiedyś jako gorzej rozwinięte od Polski, śmiało nas wyprzedzają (dobrobyt, cywilizacja, nauka, kultura).
I przy okazji (w tymże zdaniu) - przecież nikt nie zamierza zabraniać sprzedawcom podawania cen w dekagramach skracanych jako dkg; istotnie, ciekawy skrót myślowy (owo podawanie cen w dekagramach; raczej podawania cen w złotówkach/złotych skracanych jako ). Fajne bywają wypowiedzi specjalistów od języka polskiego i nieźle prezentują się w... humorze zeszytów.

Dodatkowy przystanek i nowa elektrownia?
Uruchomienie przystanku "Korczaka" przy ul. Redłowskiej - ZKM Gdynia informuje o kolejnym przystanku "na żądanie", który wywołał chwilę wspomnień, bowiem ok. 40 lat temu powstały linie 133 i 134 w naszym portowym mieście.
Nieco dłużej niż owe 40 lat trwała PRL, zaś krócej mur berliński (wolałbym pisać "Mur Berliński"). Omawiany przystanek stoi obok byłej izdebki (wytrzeźwiałki).
Ten przystanek ani mnie, ani większości okolicznych mieszkańców nie jest potrzebny. Większość jest co najmniej zirytowana, kiedy pnący się pod wspomnianą ulicę a zapakowany autobus, musi stanąć, ponieważ ktoś nacisnął przycisk "proszący" kierowcę o zatrzymanie. Czasami irytacja udziela się kierowcy - niedawno otworzył tylko tylne drzwi i paru pasażerów musiało przepychać się do tyłu wozu, aby wyjść, bowiem jak już kierownik pojazdu nie otworzył środkowego wyjścia, to postanowił, że nie otworzy. Taki honorowy i zawzięty. No i nie obyło się bez pohukiwań (z obu stron sporu przy dezaprobacie pasażerów w dusznym pojeździe) i wydłużeniu postoju na tym "grzecznościowym" (sic!) przystanku...
Ale tu nie ma demokracji - z chwilą ustawienia przystanku, nawet jedna jedyna osoba ma prawo do wyjścia z wozu, kiedy jej to odpowiada. Reszta powinna przynajmniej udawać, że jej to nie denerwuje. W końcu każdy z nas mógłby mieszkać w rejonie "obsługiwanym" przez ten przystanek.
Więcej - można się dziwić, a nawet zdumiewać, że aż 20 lat po obaleniu komuny, w końcu decydent zdecydował się wyjść ku potrzebom zainteresowanych pasażerów. Gdyby ten warunkowy przystanek funkcjonował od początku (przez 40 lat), to każdy pasażer dojeżdżający z pracy do domu w Redłowie (ok. 200 razy rocznie) i stojący średnio 10 sekund na tym przystanku, straciłby niemal całą dobę. A ile przez ten czas stracili mieszkańcy, którzy musieli jechać do najbliższego przystanku i pieszo wracać ku Alei Zwycięstwa? Licząc skromnie 5 minut (1 minutę jazdy i 4 minuty spaceru) i odejmując połowę na dojście wg nowej sytuacji oraz przy poprzednich założeniach, to mamy... pół miesiąca (pół biedy, kiedy sobie po drodze załatwiali sprawy typu zakupy albo poczta). A ile paliwa zaoszczędzono przez te 40 lat niezatrzymywania się (niehamowania i niestartowania) na tym przystanku (i to o dużym nachyleniu jezdni)? Ekolodzy mogą być zmartwieni kolejnym przystankiem, ale cóż - wygoda i cywilizacja odbija się na środowisku, niczym echo pijackiej czkawki w nieistniejącej nieopodal już gdyńskiej izdebce...
Nie należy odczytywać powyższych przemyśleń jako krytyki uruchomienia przystanku (przecież ja również korzystam z innego warunkowego przystanku, choć istniejącego "od zawsze"). Jest to raczej spostrzeżenie - jak długo słuszne postulaty mniejszej części mieszkańców mogą być bagatelizowane przez czas porównywalny z istnieniem socjalizmu w Polsce oraz, jeśli już zostaną zrealizowane, to reszcie danej społeczności mogą się wydawać niepotrzebne, irytujące i kosztowne? Ilu z nas, gdyby zapytać - czy popierasz powstanie dodatkowych przystanków na trasie pokonywanej codziennie środkami masowej komunikacji, kierowałaby się tylko własnym interesem, ilu zaś przychyliłoby się ku tej idei ułatwiającej życie naszym (zwykle nieznanym) sąsiadom?
Jeśli nawet większość rodaków uzna kiedyś, że w Polsce niezbędna jest elektrownia atomowa, to znakomita większość nie chciałaby mieć jej niedaleko domostwa... Czy to hipokryzja, czy tylko pragmatyzm? Nasz mniejszy lub większy komfort życia osiągamy bazując na pechu, przymusie i nieszczęściu obcych ludzi, ale wolimy o tym nie myśleć... Może mamy wyrzuty sumienia?

Tragiczny finał wyjazdu rodziców za granicę
Codziennie jesteśmy informowani o tragicznych wypadkach. A to zasypanie górników w kopalni, a to katastrofa autobusu albo samolotu, a to zadźganie, zastrzelenie, uduszenie. Znaczenie wyrazu "tragiczny" jest w naszym języku ugruntowane, także poprzez historię - tragiczny Wrzesień, tragiczne losy rodaków wywiezionych na Kresy. Także na świecie - kolejna tragedia w Iraku, tragiczne trzęsienie ziemi w Chinach.
Cóż nam przychodzi do głowy, kiedy czytamy tytuł "Tragiczny finał wyjazdu rodziców za granicę"? Wszystko co najgorsze? Że podczas nieobecności opiekunów, latorośle śmiertelnie się zaczadziły, zaćpały, zapiły albo utonęły w sadzawce lub zostały zamordowane przez złodziei lub pedofilów?
Nic podobnego; "Interia" oraz "Gazeta Wrocławska" donoszą (3 lipca 2008) -
"Rodzice sześciorga dzieci przebywali za granicą, podczas gdy ich pociechy o mało nie umarły z głodu. Matka wyjechała do męża tylko na kilka dni. 14-letnia Iza przestała jeść z tęsknoty za rodzicami. Była wycieńczona, bo musiała się opiekować swoim rodzeństwem. Bliską głodowej śmierci dziewczynkę znalazł szkolny pedagog".
Od lat narzekamy, że jedno koło jest zepsute, zamiast cieszyć się, że trzy prawidłowo się kręcą... Zamiast "Tragiczny finał wyjazdu rodziców za granicę", nie lepiej - "Szczęśliwy finał wyjazdu rodziców za granicę"? Albo (przesadne nawiązanie do pozaziemskich sił) - "Cudem ocalałe dzieciaki!". Polacy, znajdujemy wszędzie dziury w całym! Przecież opisana historia nie zakończyła się tragedią. Czyżby znaczenie słów zmieniło sens?
Wszak opisane wydarzenie (wyjazd matki z dzieckiem do ojca przebywającego z dala od domu) to typowe społeczne zjawisko. W USA to normalka, że rodzice wyjeżdżają w podróże zostawiając świadomie albo i nie (film "Kevin sam w domu") część rodziny. A przecież mama zostawiła ciocię i najstarszą córkę (14 lat!). Owszem, dzisiejsza młodzież jest nie tylko słabiej rozwinięta fizycznie (poza sterydowym chowem) od średniowiecznych dziewuch zdrowych niczym rzepy i od kawalerów, co to niedźwiedzie duszą, ale również w sferze emocjonalnej dziatwa jest delikatna - z przejęcia nie potrafi przygotować posiłku nawet z chińskiej zupkowej torebki. A skorzystać z telefonu potrafi? Może młodzież cały czas nie odchodziła od komputera?
Żarty żartami; owszem opisany przypadek jest nietypowy, ale przecież jest faktem (jeśli tylko rzetelnie dziennikarz opisał sprawę), zatem nie ciągnijmy sobie łacha z mało samodzielnych dzieci, bo przecież nie wiadomo, w jaki sposób zachowałyby się miliony innych dzieci. Nie każdy przechodzi twardą przeżycia (choćby pana Pałkiewicza). Mamy surwiwal militarny (wojskowy), surwiwal zielony (na łonie przyrody) i właśnie surwiwal miejski (pośród budynków, w szczególności wśród czterech ścian). Może by się przydały szkolne kursy ze smażenia jajecznicy i duszenia kurczęcia (choćby tylko w sosie własnym)?
Niezależnie od niniejszych uwag i pouczeń, błąd mediów jest ewidentny - nie ma mowy o tragedii, ani o tragicznym finale. Wręcz przeciwnie - cała sprawa zakończyła się szczęśliwie! Nie zmieniajmy znaczeń słów ogólnie znanych i prawidłowo rozumianych. Wystarczą nam kłopoty z obcymi wyrazami nowo przyjmowanymi do słownika naszego języka.
"Wielka tragedia w Czechach" (internetowo donosi tvn24 - 8 lipca 2008). Otóż zawodnik 3-ligowego czeskiego klubu zginął na miejscu po uderzeniu w niego pioruna. To druga ofiara gwałtownych burz w Czechach w ciągu ostatnich tygodni, bowiem w czerwcu piorun zabił 30-letnią kobietę.
Rozumiem, że dla owego trzecioligowego klubu i publiczności, a zwłaszcza dla rodziny piłkarza, to wielka tragedia, ale dziennikarz powinien umieć stopniować ekspresję znaczeń. Mimochodem wspomniał, że kilkanaście dni wcześniej piorun zabił inną osobę. I co, nie pisano wówczas o tragedii (choćby małej), bo zginął człowiek o nikomu nic nie mówiącym nazwisku? To jakich przymiotników (zamiast "wielka") użyłby kronikarz, gdyby piłkarz był z pierwszej ligi - zabrakłoby mu słów?
Kilka dni temu agencje doniosły - "Boeing spadł na dom, zabił trzy osoby; cała załoga żyje". Podczas awaryjnego lądowania, samolot wiozący... kwiaty (z miasta... El Dorado) spadł na na dom, zabijając mężczyznę i dwoje dzieci. Katastrofę przeżyła cała ośmioosobowa załoga. Ironia losu - wbrew stereotypom ludzie z maszyny przeżyli, zaś zginęli pechowcy mieszkający w okolicach lotniska. Ani słowa o tragedii. Pewnie dlatego, że dla pierwszych (i ich rodzin) było niewyobrażalnym szczęściem przeżycie katastrofy (i to lotniczej!), jednak tragedia dotknęła aż trzy całkiem niewinne osoby na ziemi. I jak to wydarzenie ma się do opisanego wcześniej tragicznego wyjazdu rodziców?
Dzisiaj (11 lipca 2008) nasza opinia publiczna została wstrząśnięta kolejną katastrofą autobusu poza granicami Polski - piętrowy pojazd wypadł z szosy, ponieważ ktoś oszczędny słusznie postanowił zwrócić uwagę kierowcy na zbędne już oświetlenie (był poranek). Ten ktoś oczywiście nie jest winien, ale gdyby nie jego uwaga... Złośliwi cudzoziemcy już konstatują - Polacy wyruszyli autobusami na wakacyjny podbój Europy...
Czerwone napisy w telestacjach - "Polska tragedia w Serbii". Konieczny przymiotnik, wszak bez niego mielibyśmy tytuł dotyczący większej tragedii kilkanaście lat temu, jednak dzisiejszy dramat jest dla nas, Polaków, bardziej poruszający, niż bałkański. Pewien dziadek opowiadał, że córka z wnukami dzwonili przed powrotem, ciesząc się, że "byli w raju". Jakże innego znaczenia nabiera to krótkie zdanie wobec śmierci kilku osób...
Przy okazji - kto dopuszcza piętrowe wozy do transportu poza miastami? Oraz - czy pasy bezpieczeństwa zmniejszyłyby rozmiar tragedii? Z pewnością, ale w przypadku pożaru byłaby większa (właśnie!) tragedia.
Oczywiście, dla słynnego pianisty utrata palca jest większą tragedią niż pamiętne tsunami w Azji, jednak media w przekazie wiadomiości nie powinny opisywać wydarzeń z punktu widzenia ofiar lub ich rodzin, ale z punktu widzenia ogółu społeczeństwa, chyba że tworzą program publicystyczny, w którym wyolbrzymiana jest tragedia poszkodowanej osoby, aby osiągnąć założony cel... Zapewne chodzi o zaglądanie na daną stronę, aby licznik wejść świadczył o dużej poczytności autora tekstu.
Podobny cel postawił sobie inny autor (Onet, 8 lipca 2008) zamieszczając notkę pt. "Polacy najchętniej dają sąsiadom", który zapewne oficjalnie odetnie się od dwuznaczności tytułu. Tekst traktuje o używanych rzeczach chętnie oddawanym sąsiadom. Niewiele potrzeba naszym komentatorom, którzy bez logowania piszą na forum - wystarczy konstatacja, że sąsiedzi to już teraz także unijni cudzoziemcy, że używane rzeczy, to niekoniecznie stare futra oraz że połowa Polaków to Polki, które chętne dawanie mają (jak twierdzą owi mistrzowie pióra) niejako we krwi... I dyskusja gwałtownie nakręca się w określonym kierunku. Tu również z powodu nadania prowokacyjnego tytułu przez autora...
Reasumując - dziennikarze błędnie stosują pewne określenia w swych tekstach, często zwyczajnie (i raczej nieetycznie) wabiąc potencjalnych czytelników do kliknięcia właśnie w ich artykuł. Niekiedy podczas tragicznych wydarzeń relacjonowanych na żywo padają określenia, które mogą zmrozić krew w żyłach swą dwuznacznością, jak wspomniane "byli/są/będą w raju".

Onet daje kolejny przykład braku rozumienia omawianego słowa w artykule pt. "Rodzinna tragedia w Kołobrzegu" (14 lipca 2008). Dowiadujemy się, że
"Do rodzinnej tragedii doszło w mieszkaniu na jednym z kołobrzeskich osiedli. W trakcie awantury kobieta kilkukrotnie ugodziła nożem swojego syna. Mężczyzna przebywa w szpitalu. Jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo". Może jakiś wykład dla dziennikarzy ze znaczenia pojęcia "tragedia"?

Trzech kumpli i tyleż* spostrzeżeń
W wyemitowanym dokumentalnym filmie "Trzech kumpli" rozważano wiele aspektów. Widziałem sesję powtórkową i zwróciłem uwagę na trzy ważne sprawy.
Od dwóch tysięcy lat znakomita większość Polaków doskonale zna historię Judasza Is(z)kariota. Postać ta jest ukazywana jako zdrajca, który za pieniądze wydaje Jezusa. Jeśli Bóg wskazał na jednego z apostołów i wytypował go niejako na ochotnika, że będzie zdrajcą, to pewnie wiedział co czyni - aby przez kolejne tysiące lat etycy pokazywali ludziom wątpiącym w ideały, że nie godzi się przyjmować postawy Judasza. I przez dwa milenia zwrot "ty Judaszu" należy do najbardziej oszczerczych. Nawet wizjer drzwiowy zwany jest potocznie... judaszem. Nie wiem, ile i czego mógł nabyć Judasz w owych czasach, wszak nie było aż tak wielu artykułów wzbudzających pożądanie konsumenta. Nie to, co dzisiaj. Zresztą niczego nie zdążył kupić, bo szybko dopadły go wyrzuty sumienia. Gdyby porównać Judasza z Maleszką pod względem okresem trwania w nieetycznym procederze oraz mierzyć przewinę wielkością otrzymanych doczesnych dóbr, to Judasz wypada tu korzystniej, zaś kara poniesiona przez niego wydaje się znacznie przesadzona w tym porównaniu. Gdyby sądzono obu panów wg dzisiejszych standardów prawnych, to Polak byłby surowiej oceniony niż sprzedawczyk sprzed dwudziestu wieków, zwłaszcza że Maleszka dysponował znacznie większą wiedzą na temat zdrady (jednak dwa tysiące lat rozważań owej kwestii...) i jakie wnioski z tych zasobów on był wyciągnął?
Film poświęcony jest Stanisławowi Pyjasowi, ale dowiadujemy się, że dwa miesiące po Jego śmierci, podczas kąpieli w jeziorze, w niewyjaśnionych (sic!) okolicznościach, utonął inny student, Stanisław Pietraszko, który sporządził portret pamięciowy człowieka "towarzyszącemu" Pyjasowi w ostatnich godzinach życia. Drugi przypadek jest dla większości Polaków nieznanym epizodem lat 80., a przecież świadek zdawał sobie sprawę z wielkiego ryzyka, kiedy składał zeznania milicji przeciw... milicji. Teraz, w znacznie błahszych sprawach, rodacy nie mają odwagi, aby pomagać policji demokratycznego kraju, choć również znane są skandaliczne przypadki powiązań funkcjonariuszy z gangsterami.
Zaskakujące, ale wszystkie znaczące postacie występujące w filmie, które przyłożyły rękę do obalenia komuny, to absolwenci... polonistyki. Teraz rozumiem degrengoladę panującą w słownikach języka polskiego. Skoro najodważniejsi obrali bohaterską linię życia i zmieniali naszą historię, to kto pozostał w branży języka ojczystego? Średnia odwagi pozostałych "orłów" znakomicie spadła. Zamiast równie energicznie położyć się jak Rejtan u drzwi i bronić przed napływem obcych słów, to powołują się na uzus badany w wyszukiwarkach. Nawet dyktanda są organizowane z języka polskawego, bowiem wiele tam dostrzegamy wyrazów dosłownie przepisanych z języków obcych (najczęściej z angielskiego). Znając słowo grylaż, zaakceptowano grill, bo językowy uzus mas handlujących tym urządzeniem wymógł wśród profesorów przyjęcie tego trefnego wyrazu do zbioru języka polskiego. I mając takie błędne słowo, będą przyjmowane kolejne nieodpowiednie wyrazy, jak grillowanie (zamiast grylowanie), grillowanko (z. grylowanko), grillowany (z. grylowany), być na grillu (z. być na grylu), a przecież mamy bryle, dryle i kryle (nie brille, drille i krille). Takich wyrazów jest cała masa. Polonistom zapominającym o urodzie języka polskiego - dziękujemy!

* - tytuł z usterką; ilustruje jeden z problemów naszego języka, który nie występuje w większości języków...

Sztuczna inteligencja już w Polsce!
Nie wiem, dlaczego Bóg pokarał nas jednym z najtrudniejszych języków. Połączenie owej komplikacji z polską niesolidnością i lenistwem, skutkuje (najoględniej mówiąc) kłopotliwymi sytuacjami, kiedy to uczone osoby sprzedają swoje genialne zapisy (obleczone w okładki słowników), które powinny być bezbłędne, skoro są edytowane przez solidne wydawnictwa.
Pewien polonista (amator!) nabył "Słownik gramatyczny języka polskiego" (Wiedza Powszechna, Warszawa 2007) i wykrył tam nie jakieś usterki, ale błędy! Pan Grzegorz Jagodziński z Libiąża dostrzega i poucza uczonych ze znanych w świecie ośrodków akademickich. A przecież nie tylko chodzi o popełnione błędy (choć to istotnie skandal), ale również o polskie podejście do osoby, która w precyzyjny sposób wytyka znakomitościom błędy i ujawnia (polskiemu konsumentowi z górnej półki) papierowo-plastykowy chłam sprzedawany jako towar "pierwsza klasa". Ile twórcy wzięli za wykonaną pracę i ile społeczeństwo wydało na tę tandetę? Może NIK zapozna nas z kontrolą w tej materii?
Ich "dzieło" składa się z książeczki zawierającej podstawy teoretyczne i instrukcję użytkowania oraz z płyty CD z programem do obsługi dołączonej bazy danych, zawierającej informacje o ok. 245 tysiącach polskich leksemów.
Słownik zawiera wiele przymiotników pochodzących od nazw geograficznych, jednak nie zamieścił... właśnie tych nazw, które nie muszą być oczywiste dla każdego czytelnika. Jest przymiotnik libiąski a nawet wielce oryginalny rzeczownik libiąskość, jednak nie ma nazwy podstawowej Libiąż...
Słownik ma wyraz dane, ale nie uznaje liczby pojedynczej (dana). A przecież już w piosence o nieżywym Macieju, mądrość ludowa zapoczątkowała karierę tego wyrazu (i to w aspekcie czasu) -
Idzie Maciek, idzie,
Z bijakiem za pasem,
Przyśpiewuje sobie
Dana, dana czasem.
Jest odmiana bawół/bawołu, jednak w haśle gnu wyjaśniono, że głową przypomina... bawoła, czyli zastosowano błędną formę (nawiasem pisząc - powszechnie stosowaną... nielegalnie). Być może Polakom to wszystko jedno, ale mieszkańcy Trójmiasta (oraz autorzy SGJP) powinni wiedzieć, że Chylonia (dzielnica Gdyni; nie Gdynii) w deklinacji nie przyjmuje postaci Chylonii. Podobny błąd popełnili z odmianą nazwy rośliny konopia; można powiedzieć, że twórcy słownika niepoprawnie wyskoczyli z deklinacyjnych chaszczy, jak filipy z konopii (zamiast z konopi)...
W haśle wypychacz, poloniści objaśniają nam, że to osoba, która "wypycha zwierzęta, ptaki", zapominając, że ptaki należą do świata zwierząt. Podobny błąd popełniono w "Słowniku wyrazów obcych" Kopalińskiego, w terminie filet
- 'płat mięsa albo ryby oczyszczony z kości albo ości', uznając, że konsumowane przez nas płaty są mięsne albo rybie; inaczej - ryba nie ma mięsa... Czując zapewne słabość do karpia w aspekcie okowity, oko autorzy puszczają do tej ryby, proponując rzadkie imię Polikarp odmieniać jako Polikarpia zamiast poprawnego Polikarpa... Zdaje się, że rodzi się nowe znaczenie słowa wypychacz. To księgarz wypychający nieudane dzieła (niewypały) w objęcia złaknionych wiedzy (jak się okazuje) naiwniaków.
Ale to tylko najbardziej zrozumiałe rozważania (dla przeciętnego rodaka). Bardziej finezyjne działy (np. "Ryzykowne hipotezy" oraz "Niekonsekwencje") opracowanej recenzji, przeznaczone są dla bardziej rozsmakowanego odbiorcy, zatem podam jedynie link - http://www.aries.com.pl/grzegorzj/popraw/sgjp.html.
Usterek jest kilkadziesiąt, co dyskwalifikuje tę pozycję jako przydatną Polakom i cudzoziemcom. Cóż czynią koncerny samochodowe, kiedy wykryte zostaną defekty w autach ich produkcji? Gratisowo wymieniają tysiące zespołów wraz z przeprosinami. Po wejściu do Unii, należałoby bezpłatnie przekazać wersję poprawioną właścicielom nabytego Słownika.
Poza merytoryczną stroną "dzieła", mamy także typowo polską warstwę - niejako międzyludzką. Otóż wybitni a (potencjalnie) etyczni polscy naukowcy wyrazili swój stosunek do uwag p. Jagodzińskiego, zgłaszanych przez niego do instytutów istniejących dzięki polskim podatnikom oraz ku ich prawidłowemu rozwojowi intelektualnemu, sugerując oryginalną (chyba nie europejską?) metodę współpracy naukowej na linii uczony - obywatel:
"Ja już od jakiegoś czasu filtruję automatycznie listy od tego świra do kosza. W Outlooku to się też powinno dać zrobić". Twórca tej metody z powodzeniem zajmuje etat w Zakładzie Sztucznej Inteligencji należącym do PAN (zakończenie brzmi jednak dumniej, w przeciwieństwie do podejrzanego początku nazwy...). Oby w ostatniej minucie ukazał im się sam mistrz Polikarp z ostatnim szkolnym zadaniem - "powtarzaj do samego końca: witasz się z Polikarpem, nie z Polikarpiem!".
Pewnie parę fatów wisi nad tą publikacją. Oto na http://wysylkowa.pl/ks840091.html oferowane jest wspomniane dzieło (za 26,90 zł) z podtytułem: "Podstawy teoretyczne, Instrukcja urzytkowania", co zapowiada, że będzie ono wielce uRZyteczne... W opisie czytamy: "Będzie także bardzo przydatny w nauce języka polskiego jako obcego" i trudno się z tym wieszczeniem nie zgodzić - istotnie, język polski będzie coraz bardziej nam obcy...
Gdyby ktoś chciał uznać omawiany słownik za rupieć/rupiecia, to miałby poważny kłopot, bowiem wg autorów można go uznać jedynie za... rupcia.

Kobieta tłem dla pana
"Kiedyś, by zdobyć kapitał, człowiek przedsiębiorczy musiał poświęcić bardzo wiele".
Od kilku dni emitowana jest reklama telewizyjna o dość kontrowersyjnej fabule ('dość', bowiem większość nie dostrzega poniżej wyłuszczonego problemu). Otóż widać zdumienie kapłana udzielającego ślubu młodej parze, składającej się z nieatrakcyjnej a posażnej panny młodej i z (właśnie) człowieka przedsiębiorczego. Jakże ów człowiek musiał nisko upaść, aby dzielić łoże (poza wyborem) oraz dorwać się (dzięki temu) do większego kapitału (w ten sposób przypomniano młodzieży dawny a sprawdzony sposób pozyskiwania kapitału na rozkręcenie interesu).
Mamy zatem kolejną reklamę (tu banku) odwołującą się do stereotypów "zaradny pan i posażna panna jako biznesowa para", "pan podmiotem, pani przedmiotem w gospodarce rynkowej" oraz "mężczyzna ważniejszy od kobiety". Człowiek (dobrze, że złagodzono przymiotnikiem 'przedsiębiorczy') i kobieta (dostarczycielka kapitału). Relacja podmiot-przedmiot. Cała reklama jest zabarwiona dyskryminacją kobiet. Z filmiku zieje przekonanie, że mężczyzna, jak był dawniej panem i przedsiębiorcą, tak jest do dzisiaj, bowiem nawet wizyta w reklamowanym banku sprowadza się do kontaktu człowieka wolnego klasy A (mężczyzny), który prowadzi interesy i człowieka najemnego klasy B (kobiety), który uprzejmie załatwia klienta, umożliwiając otrzymanie poważnego kredytu na (zapewne) bardzo potrzebną misję dla ludzkości (albo przynajmniej ojczyzny; no dobrze - pewnie tylko dla jego rodziny) w wykonaniu owego pana, zaś sama przedstawicielka banku najlepsze lata życia spędzi na usługiwaniu takim panom a władcom...
Oczywiście wydawana za mąż córka, cały kapitał zawdzięcza swojemu ojcu (też mężczyzna!), który prawdopodobnie jej matkę poślubił wg panujących odwiecznych zasad (w stylu pokazanym w reklamie). A uciułany posag dla córki ma służyć jej, aby zaznała spokoju i szczęścia rodzinnego ze świeżo poślubionym mężem, wychowując dzieci i grając na pianinie i aby (broń Boże) nie myślała o zarobkowej pracy, bo to było zwyczajowo zastrzeżone dla pań niższego stanu. Po prostu - ojciec panny młodej dawał kasę zięciowi nie po to wszakże, aby córeczka tyrała w fabryce lub załatwiała petentów w urzędzie.
Pewnie dla równowagi powstanie kiedyś reklama o odwrotnej fabule* - do banku przybędzie kobieta jako człowiek interesu, zaś obsługiwać ją będzie mężczyzna, jednak będą trudności z nakręceniem sceny ze ślubem (pan jako dostarczyciel posagu przeznaczonego na interes pani, a tym bardziej pani ksiądza/księdza udzielająca sakramentu). Albo ujęcie bardziej kabaretowe - przybędzie zamożna a emerytowana kobieta jako biznesa, zaś usługiwać jej będzie przystojny hostes. Nawet mamy trudności językowe, aby to przedstawić w miarę rozsądnie. Ot, stereotypy, z którymi trudno walczyć nawet w ojczystym języku...

* - kiedyś reklamowano znaną markę samochodu: niemiecka solidność i hiszpański temperament; odwrotne ujęcie reklamy byłoby cokolwiek kuriozalne - hiszpańska... solidność i niemiecki... temperament (stereotypy tkwią głęboko w nas)

Miał prawo zastrzelić, ale nie może oplakatować
18 lipca 2008 TVN24 pokazała byłego właściciela pięknego motocykla - jednoślad został uprowadzony przez złodzieja, co zostało dokładnie zarejestrowane. Właściwie to nie był złodziej, bowiem za takie określenie można otrzymać wezwanie do stawienia się przed polskim a szlachetnym (dla przestępców!) sądem. Okazuje się, że sfotografowany motokrad (skoro "koniokrad") dosiadający metalowego dwukołowego rumaka, nie może być zamieszczony w mediach ani nawet rozplakatowany w okolicy przestępstwa. Jakiś prawnik skomentował nawet, że taki facet mógłby podać poszukiwacza swej własności do sądu z żądaniem wysokiego odszkodowania. Zatem - cała Polska zobaczyła przestępcę w charakterystycznej koszulce i dość wyraźnej twarzy i czekamy... na ujęcie (mimo braków w imażu - czarny pasek na złodziejskim licu).
Tego samego dnia, ta sama telestacja pokazała wizerunek kangura, który uciekł od swej ciężarnej partnerki. Pewna dziewczynka żaliła się, że "samiczka jest sama" i rodzi się (ale jeszcze nie malutki kangurek) niesłuszne spostrzeżenie, że "samiczka/samczyk" pochodzi od "sama/sam"...
I nie było tutaj żadnych ceregieli - żaden prawnik nie stanął w obronie torbacza, któremu małżonka i ludzie chcą ograniczyć swobodę w wolnej Polsce... Pod tytułem felietonu podano nazwy miejscowości związane z tą sławną kangurzą ucieczką - Moszna, Opole, Łódź. Aluzja do pierwszej nazwy została wyjaśniona nieco wcześniej - stan samiczki. Druga nazwa sugeruje wędrówki - a to o las australijski torbacz był się otarł, a to o szuwary, a to (właśnie!) o pole. A jeśli żeglował wzdłuż strumienia lub rzeki, to i łódź przewija się jako trzecia nazwa w podpisie felietonu... Pokazano facjatę i pełne dane skoczka z antypodów, mając za nic nasze szlachetne przepisy o ochronie danych osobowych...
Nazajutrz cała Polska zobaczyła w TVN24 (i nie tylko) twarz i dane faceta, który najprawdopodobniej dźgnął ciężarną żonę, jednocześnie raniąc również jej nienarodzone dziecko. Zapewne swój koszmarny czyn będzie wyjaśniać nagłym wstrząsem po wyjawieniu przez małżonkę, iż spodziewane dziecko nie jest jego. To żaden poważny argument, ale obrońca uchwyci się tego, jak pijany płotu, bowiem każdy by się na jego miejscu uczepił choćby jednej sztachety. Literatura i film dostarczają wielu przykładów, że nawet dżentelmeni na takie wieści rozmaicie reagują w szoku, zatem cóż dziwnego, że marginesowi frustraci tak czynią? Obrzydliwe jest, że zastosował broń kojarzona z nikczemnym podstępem. W ubiegłych wiekach, kiedy szlachetnie urodzony baron strzelał do swej żony albo do jej gacha, to społeczeństwo nie traktowało tego jako ciężki występek (to baronowa i gach byli na cenzurowanym!).
Ale to inna sprawa. Nas interesuje dzisiejsza nierówność prawna - jednego dnia nie można murów oplakatować fotką, na której uwidoczniono złodzieja na cudzym a drogim jednośladzie, następnego zaś dnia wszystkie media ujawniają zdjęcie i nazwisko poirytowanego zdradą nożownika. A dlaczego? Bowiem osoby pracujące w polskim wymiarze sprawiedliwości uznały, że w pierwszym przypadku nie tylko nielegalnie przekraczamy barierę danych osobowych, ale nawet nazywanie gościa złodziejem podlega karze! Jakże odmiennie potraktowano przestępcę w drugim przypadku i jakoś nie było słychać o prawnych pogróżkach skierowanych pod adresem redaktorów ukazujących wizerunek (przecież domniemanego!) złoczyńcy...
Gdybym miał oceniać, to dla większości Polaków groźniejszym przestępcą jest ów przebiegły złodziej, bowiem tacy ludzie okradają nas z mniej lub bardziej luksusowych dóbr (często osiągniętych niemałym trudem), sami zaś nie pracują a bogacą się cudzym kosztem. Takich mamy dziesiątki tysięcy i są oni w swej masie znacznie bardziej szkodliwi i demoralizujący dla społeczeństwa. Drugi facet to nieudacznik, raczej menel i prawdopodobnie nadaje się (od dłuższego czasu) do zakładu zamkniętego, niźli do więzienia, co również przez lata nie zauważał nasz wymiar (podobno) sprawiedliwości. Z obu głośnych spraw - ujęto łachudrę, zaś luksusowy złodziej ma się dobrze. A Temida ma połowiczny sukces.
Gdyby ktoś zapytał - kogo wolałbym spotkać na swojej drodze? Takiego złodzieja czy nożownika? Odpowiedź jest oczywista - złodzieja. Jednak zauważmy, że pierwszy jest "ogólnospołecznym" szkodnikiem, zaś drugi "rodzinnym" bandytą, ponadto pierwszy typ jest powszechniejszy, zatem prawdopodobieństwo spotkania drugiego typa jest znacznie mniejsze (niż pierwszego). Z wyrafinowanymi złodziejami trudniej walczyć, niż z marginesowymi prostaczkami; także straty liczone złotówkami są znacznie wyższe w wyniku zaplanowanego zaboru, niźli rozboju w afekcie. No i pierwsi przestępcy są coraz bogatsi (niezasłużenie!), drudzy zaś coraz biedniejsi (pewnie słusznie), zatem kogo powinien bardziej nękać system podatkowy i Stwórca?
No i sprawa ofiar - były właściciel ścigacza pewnie jest wzorowym obywatelem, czego nie można powiedzieć o wiarołomnej niewieście, ale to jedynie wstępna ocena oparta na stereotypach (może się okazać, że raniona pani jest wzorową matką i żoną, zaś okradziony motocyklista jest kiepskim ojcem i mężem).
O, paradoksie - gdyby właściciel zagrabionego mienia zastrzelił na miejscu złodzieja, to nie spotkałaby go żadna kara, natomiast za oplakatowanie miasta poszukiwaną facjatą, grożą mu sankcje! Mało tego - owego gościa mógł zastrzelić każdy inny przypadkowy obywatel i zostałby uniewinniony. Kiedyś były policjant zastrzelił uciekającego złodzieja, który okradł auto z radia. Samochód nie był funkcjonariusza, zaś obrońca cudzej własności nie poniósł kary. Wszyscy złodzieje mają jasny i potwierdzony przekaz - podczas kradzieży obywatele mają prawo cię zabić, ale po ucieczce nikt nie ma prawa rozklejać afiszów z twym złodziejskim imażem. Zdumiewające - można potraktować cię ołowiem, ale nie... papierem!
PS 27 lipca 2008 nasze media opublikowały wizerunek domniemanej kochanki Radovana Karadzicia. Czy ktokolwiek (dziennikarz, prawnik, komisja etyki a może sam RPO) stanie w obronie tej pani, stosując polskie prawo, na które powołują się rzecznicy omawianego złodzieja?

Mirosław Naleziński , Gdynia
www.mirnal.neostrada.pl


AKTUALNOŚCI czerwcowe MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI kwietniowe MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI marcowe 2008 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI lutowe 2008 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI styczniowe 2008 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

PUBLIKACJE MIRKA w 2007r
AKTUALNOŚCI grudniowe 2008 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
listopadowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
październikowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
wrześniowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
sierpniowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
lipcowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI czerwcowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI majowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI kwiecień 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
marzec 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI luty 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI styczeń 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

PUBLIKACJE MIRKA w 2006r
AKTUALNOŚCI GRUDZIEŃ MIROSŁAW NALEZIŃSKI

AKTUALNOŚCI LISTOPADOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI PAŹDZIERNIKOWY MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI SIERPNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI LIPCOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI MAJOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKIEGI
AKTUALNOŚCI KWIETNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI MARCOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI LUTOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI STYCZNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI

i przechodzimy na 2005r
AKTUALNOŚCI GRUDNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI LISTOPADOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI PAŹDZIERNIKOWY MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI WRZEŚNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI SIERPNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI CZERWCOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI MAJOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI KWIETNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI

ARTYKUŁY - tematy do przemyślenia
i wiele innych w kolejnych działach wydawnictwa:
SĄDY PROKURATURA ADWOKATURA
POLITYKA PRAWO INTERWENCJE - sprawy czytelników

"AFERY PRAWA" - Niezależne Czasopismo Internetowe www.aferyprawa.com
Stowarzyszenia Ochrony Praw Obywatelskich
Zespół redakcyjny: Zdzisław Raczkowski, Witold Ligezowski, Małgorzata Madziar, Zygfryd Wilk, Bogdan Goczyński, Zygmunt Jan Prusiński i sympatycy SOPO

uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres: afery@poczta.fm
redakcja@aferyprawa.com
Dziękujemy za przysłane teksty opinie i informacje.

WSZYSTKICH INFORMUJĘ ŻE WOLNOŚĆ WYPOWIEDZI I SWOBODA WYRAŻANIA SWOICH POGLĄDÓW JEST ZAGWARANTOWANA ART 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ.

zdzichu

Komentarze internautów:

Komentowanie nie jest już możliwe.

~MNaleziński
30-05-2012 / 15:29
Witam, dzisiaj (24 maja 2012) jechałem trolejbusem "23" od strony Gdyni w stronę Sopotu i w przy ul. Redłowskiej wysiadłem, aby przesiąść się do autobusu "192", który wg mnie miał za chwilę nadjechać od strony Sopotu, skręcając w prawo - w Redłowską. Po opuszczeniu "23" włączyło się czerwone światło dla przechodniów i widać było, że "192" właśnie nadjechał (o 17:07) i stoi na przystanku. Jakie było miłe rozczarowanie, że kierowca tego autobusu (a okazało się, że to sympatyczna pani) o numerze bocznym 2033 specjalnie przeczekała na przełączenie światła czerwonego na zielone i na troje pasażerów (w tym mnie). Proszę podziękować tej pani - pierwszy raz mi się to przydarzyło w życiu, a zwykle autobusy po prostu jadą nie czekając na takich pasażerów, jak opisano. Zresztą ongiś napisałem artykuł na ten temat, w którym proponowałem właśnie takie zachowanie. Ciekawe, czy to inicjatywa tej pani, czy były jakieś sugestie ze strony Dyrekcji? Serdecznie pozdrawiam! Mirosław Naleziński Szanowny Panie Dziękujemy za słowa uznania dla kierowcy autobusu linii 192. Pochwala została przekazana firmie przewozowej, która go zatrudnia. Zdarzenie wynikło zapewne z inicjatywy kierowcy, gdyż umowy przewozowe, zawarte pomiędzy ZKM w Gdyni, a przewoźnikami, nie regulują tego typu zachowań. Z poważaniem Jolanta Mazurczak ZKM w Gdyni